8 października 2014

...powrót do kijków?...

...sobota wieczorem. Tak ta nieszczęsna sobota, rybno-grzybowa. Wieczorem wsłuchany w pana Zubilewicza, który roztaczał achy i ochy nad pogodą, wyrwałem się z myślami na głos wracam do kijków, za długo leżą a mi się odkłada. Jednak czas wolny bardzo szanuję i cały ten plan kijkowy miał rozpocząć się tak jak wypadało czyli od poniedziałku. Burdelu w grafiku nie będę wprowadzał i cały ten marsz wcisnąłem między poobiednie pół godzinki dla słoninki a wieczorne małe co nie co...

...aby nie być gołosłownym w niedzielę zaliczyłem lekki spacer rozgrzewający. Miałem nawet własnego trenera i razem uprawialiśmy aqua-aerobik. Nic to, że pizgało wiało jak się zawezmę to batem nie odpędzisz...

...i mój osobisty trener oraz ćwiczenia we wodzie...

...tak przygotowany, w poniedziałek, aż rwałem się marszu. Pogoda zapraszała słońcem, ptaki śpiewem a niebo mozaikami. Oj nałaziłem się sporo, oj naskakałem się nie mało. Oto efekty, do dziś czuję zakwasy w rękach i nogach. Pięknie świat wygląda z perspektywy mytych okien...


...wreszcie we wtorek udało mi się dorwać do kijków. Ciężkie cholerstwa się zrobiły przez ten okres kiedy stały zapomniane. Nawet dwie rundy sobie zafundowałem i przy okazji przypomniałem sobie o zakwasach z dnia poprzedniego. Dodatkowo mam już obmyśloną pracę na przyszłą wiosnę i nie popuszczę już nikomu, będzie tak jak ja chcę a nie synek się zrobi...

...koniec z pomidorami...
...tuż przed tańce z taczką...
...mam nadzieję, że ten krzaczek przetrwa naloty dzikusów...
...ogrodowa rock kapela Rozczochrańce...

...a dla wszystkich, którzy dotrwali do końca takie łosiedlowe cóś...