26 sierpnia 2014

...po pierwszym dniu...

...zawsze twierdziłem, że pierwszy dzień nie jest taki najgorszy. Co inne go drugi dzień, ale ten jeszcze się nie skończył więc zobaczymy. Wróćmy jednak do wczoraj. Wstało się, umyło i ubrało. Ba nawet autobus na przekór wszystkiemu przyjechał punktualnie...

...w pracy cisza, O, i to duże O zdziwienia bo drzwi do biur pozamykane. Sprzątaczek, wróć konserwatorów powierzchni poziomych i pionowych, zero. Cisza jakby wąglikiem zasiał. W pomieszczeniu też nic nie ruszone, od czasu kiedy szykowałem się na urlop, nawet czajnik taki samotny stał na parapecie. Matrix mnie dopadł...

...już myślałem, że może pracę na dziś odwołano, bo święto wielkie, przecież 3xl powraca. Oj ta moja próżność, chwilowa, ale jednak próżność. Szybko z tego stanu wyrwał mnie czajnik, który na przeszło dwutygodniowym kacu domagał się wody i to nie z wazonu z kwiatkami. Pierwsza tura zagotowana i gardziołko czeluści czajnikowych opróżnione. Repeta z wody i znów gotowanko. Herbatka...

...i tak przez osiem godzin, znaczy nie herbatka i herbatka, tylko praca i ogarnianie wszystkiego...

...w międzyczasie trybienie na poziomie neuronów, lub jak kto woli telepatia, i ugadnianie z Połówką wypadu na ogrody tuż po pracy, autobusem linii busair. A czemu tak ktoś zapyta, a temu, bo to ciągłe pytanie na przystanku panie, a na XXX już leciał...

...a później był już tylko wypad na ogrody: dalie, pomidory i gruszki, a dla was zdjęcia z poprzedniego ogrodowego czwartku...