5 października 2013

...zwariowany dzień...

...los nam dzisiaj zafundował. Zaczęło się od zakupów, a zakończyło wielkim praniem, ale może po kolei. Jak wiadomo sobota, dla większości z nas, to zakupowe weekendowe szaleństwo. Po odwiedzeniu mioliona pińcet sklepów, nakupowaniu wszystkiego co się w tygodniu może przydać, liczyliśmy na mały spad po powrocie do domu. Niestety Rodziciel widać myśli, że zakupy w naszym wydaniu to mały pikuś, przecież co to takiego wejść i kupić, sklep jest pod nosem, i wydzwania z lekkim niedowierzaniem, że my jednak naprawdę robimy zakupy i ma po nas przyjechać dopiero po dwunastej, boszzz...

...zatem wpadamy do domu, rozpakowujemy zakupy, szykujemy ciuchy do prac ogrodowych i już jest szofer. Mykamy do Ślesina, ogród czeka. Z tego wszystkiego aparat został w domu więc możecie odetchnąć nie będzie dzisiaj zanudzania zdjęciami, he he he...

...ostatnie kaprysy pogody, moja choroba, spowodowały, że praca w ogrodzie to istna orka. Ziemia zbita, chwastów pełno, uschniętych badyli po-kwiatowych też mnóstwo. Uzbierało się tego przeszło trzy taczki. Dodatkowo wykopaliśmy jedną odnogę bzu, która obiecana jest kuzynowi, tylko jak przeszło trzymetrowy badyl przewieźć samochodem...

...jakoś udało nam się upchać bez na dach samochodu, sensacja na drodze gotowa. Pełen kosz mięty Połówka jeszcze uzbierała i do domu...

...jak przewidzieliśmy sensacja na osiedlu ogromna. W domu za to sensacja inna. Jako że zdolne dziecko jestem, to wylałem w kuchni na podłogę coś około piętnastu litrów wody. Wody dużo, kuchnia mała, więc poszły w ruch wszystkie dostępne ręczniki i ścierki, żeby tylko sąsiadki z dołu nie zalać. Więc zamiast mycia ziół było generalne sprzątanie kuchni, naprawdę nie wiem jaką krzywdę komuś zrobiłem w  poprzednim życiu...

...ręczniki poprane, podłoga sucha, a mnie czeka jutro pranie chodników z przedpokoju, bo też się skąpały...