20 października 2013

...z buta...

...jakoś coraz częściej widzę zauważam, że się starzeję. Ba, coraz bardziej upodabniam się do Rodziciela. O matko jedyna!!! Masakra!!! Dokładniej rzecz biorąc zaczynam każda niedzielę, tak jak on wcześnie rano, żeby koło południa przyciąć komara, co w moim przypadku wypada na jakieś milion pińcet komarów, bo ryczę chrapię przy tym niesamowicie...

...koło godziny czternastej dopadł mnie lekki wqrw, bo ile można spać? Zarządziłem odwrót, od Teściunia do domu, celem przebrania się w dres, by po chwili maszerować z kijkami. Nie ma leżenia na dupie kanapie całą niedzielę, ruszam w teren...

...cel wyprawy jak zwykle ten sam stawy i droga na śluzę. Zatem ruszam, słonko świeci, oto foto...

...końcówka października,
a jak pięknie kwitną jeżyny...
...pan kormoran dalej cichy...
...i gąsieniczka się trafiła...
...w drodze na śluzę...
...te małe czarne kropki na niebie to odlatujące czaple...
...i oto są,
po tylu próbach,
udało mi się ustrzelić
dwie czaple...


...kawałek dalej,
spotkałem małe stadko...

...słonko prześwituje między konarami drzew,
jest ciepło, robactwa pełno. Odwrót...

...ostatnie spojrzenie na stawy...

...niestety za długo sobie nie pochodziłem. Robactwo skrzętnie wykorzystywało taki chodzący areał mięsa i krwi jak ja. Opędzić się nie można było, ale co sobie podreptałem to moje... 

PS. ...zapraszam na jutro, mam dla Was cacuszko, rarytas...