18 czerwca 2013

...tańcząc na parapecie...

...wczorajszą parapetową czaczę zakończyliśmy około 21:30. Bawiąc się ze słonkiem w kotka i myszkę wyszorowaliśmy trzy z czterech okien oraz napiekliśmy zmielonych. Ostatnie i najgorsze, okno kuchenne, zostawiliśmy sobie na dzisiaj. Mieliśmy co szorować, bo po przeszło dwóch miesiącach, tafla okna zaczęła przeistaczać się w szkło weneckie. Pomijam tony pajęczyn, topolej waty i tysiąca pająków, od maleńkich pipidówek po wielkie tarantule. Jak ja tego cholerstwa nie lubię, bleeeee...

...na osiedlu wielka sensacja. Facet myje okna! Noszz kuźwa mać! Myję bo nie wyobrażam sobie, że ja leżę lub stoję z piwskiem pod sklepem, a Połówka zapieprza sama. Narzekać też nie mam co, bo po pierwsze primo nie pijam pod sklepem, w sumie to mało pijam. Po drugie primo człowiek spala to czego ma za dużo. Trzecie primo może sobie popatrzeć na chmurki i zwierzęta, a po ostatnie primo co ja będę wam opowiadał zobaczcie sami...

...pierwsze chmurne bohomazy...
...widzę cię, ino skup mi się na szybie,
korek na twój ptasi kuper czeka...


...świat zza krat... 



...coś nisko latają...
...chyba będzie padać...
...jakieś smugi,
latały samoloty i nabrudziły...
...i oto finał. Po całym domu roznosi się zapach a'la alpejska bryza, światła jakby więcej w pokojach, chociaż już późna pora. Oto finał...

...voilà...