7 grudnia 2012

...piątkowo...

Wreszcie piątek i wreszcie łóżko. Uff... starczy  na dzisiaj biegania, a przecież dzionek zaczął się tak pięknie pobudką szósta dwadzieścia i zapierniczem do pracy po związkową paczkę. Szczerze, to wolałbym kasę, a nie takie uszczęśliwianie na siłę słodyczami.
***
Podróż do "miasta" mimo nocnym opadów śniegu minęła w miarę sprawnie i opatrzona była tylko kilkoma minutami opóźnienia. Za to w autobusie starzy znajomi i bierzace tematy: ...i znowu wypadły dwa kursy... Ach ten XXI wiek, jakoś nie możemy się w nim odnaleźć, wręcz cofamy się.
***
Powrót do domu, śniadanko i szykowanie się na przyjazd Małej Panny Mi, co nastąpiło niebawem. Małe złe humorki wygnaliśmy za pomocą pozytywki z tańczącą baletnicą.  Nie musze chyba dodawać iż owa pozytywka (nie baletnica) była katowana przez dwie godziny.
Dla przewietrzenia uszu spacer i zaznajamianie Małej Panny Mi ze śniegiem. Teorii ogrom czas na zdobywanie doświadczenia.
***
Popołudniowy wypad na pierwsze świąteczne zakupy, to masakra. Tłok, korki, śnieg i mgła. Dodatkowo sami kierowcy, za kierownicą, dostają małpiego rozumu i wpychają się, a kierunkowskaz to ich największy wróg.
Zakupowo cienko. W portfelu nie lepiej. Na drodze mleko.
***
Dom, kolacja i kolejny etap sprzątania. Jutro naprawa łóżka i powieszenie obrazków. Po dwóch latach chyba sprawa nabrała mocy. Uwaga, jutro wieszam... ;))
***
Przed chwilą wrociłem z dworu. Byłem odpalić autko, bo na termometrze wybiło minus dziesięć. Jutro wczesny wyjazd wiec nie chcę surprajsa. Zanim wróciłem do domciu to ustrzeliłem fotki drzew, które pokryła szadź, ale o tym może już jutro...
Spokojnej nocki...