7 listopada 2012

...zabiegany...

Jak minął wam dzień? Czy mieliście czas dla siebie i swoich małych radości? Jeśli tak, to fajnie. Niestety mi nie było dane.

Od samego rana biegiem. W końcu zarejestrowałem się do lekarza. Musiałem pofatygować się osobiście, bo telefonicznie się nie dało. 
Później praca. Tu dopiero mogłem się wykazać. Roboty miałem sporo: prezentacja najlepiej na wczoraj, specyfikacja techniczna sprzętu na gwałt, strona filmowa czekała w następnej kolejności o telefonach nie wspomnę. Jedyne co udało mi się dzisiaj powstrzymać, to pielgrzymki. Wszystko to za sprawą mojego małego wybryku. Ludzie wchodzili, czytali, śmiech i w tył zwrot. Zobaczcie sami...


Dopiero kiedy dopadłem domu, to odżyłem. Dzięki odwiedzinom małej Panny Mi. Oczywiście było na rączki, mycie i obieranie japta i na koniec małe targowanie się - moja łyżka zupy za kęs jabłka. 

W spadku wzbogaciłem się o obrazki nosara (dinozaur) w wykonaniu Panny Mi. 



Dowiedziałem się również, że pani na obrazie (wiszącym na ścianie w pokoju) to nie bozia tylko Rycerz Majk, bo na owym dziele widnieje miecz (sztylet przebijający serce). Och to bystre oko....

...i znowu biegiem - wizyta u lekarza. Ufff, jutro z samego rana będzie krwisto... :) 



P.S. Nad konkursikiem pracuję i może w weekend go ogłoszę, no zalatany jestem i małe urwanie głowy mam. :)) Poczekacie, czy już mam się obawiać czarnej limuzyny lub snajpera??