3 listopada 2012

...jak rozkwaszony pomidor...

...tak właśnie wyglądam. Nos jak u boksera, który spędził dwunaście rund na ringu. Cały swój image zawdzięczam krwotokowi z nosa. Zaczęło się niewinnie od łaskotania w nosie, a zakończyło na SORze. Ale może po kolei...

...krew zaczęła kapać z jednej dziurki, później ponoć dołączyła druga, na koniec krew opuszczała mój kinol zalewając mi ręce i w ostateczności zlew w łazience. Po półgodzinnej walce z zimnym komprsem spasowaliśmy i czekała mnie wizyta w szpitalu. 

Szpitalny Oddział Ratunkowy wyremontowano za duże pieniądze, zakupiono potrzebny sprzęt (dane z unijnej ulotki) szkoda tylko, że przy okazji nie wymieniono ludzi tam pracujących. Przy rejestracji trzeba było wystać swoje. Piguła bardzo uprzejma, warczała na każdego. Odszczeknąć się nie można, bo na wysokości oczu wisi bycza tablica z wymienionymi paragrafami z państwowym zakazem bluzgania na biały personel. 
Dodam tylko iż zanim pojawił się doktoro krew przestała lecieć. Lekarz niczym Cezar przyszedł, oblukał mnie z odległości metra i na koniec stwierdził, że mój przypadek kwalifikuje się do pomocy doraźnej w innym szpitalu (drugi koniec miasta). Fajnie! 

Jakoś przemknęliśmy przez miasto (dobrze, że sobota) i kolejny ZONK. Lekarz zrobił sobie godzinną przerwę. W sumie to się nie dziwię, skoro na dwudziestocztero godzinny dyżur. Paranoja! 

Teraz odpoczywam. Zero kompa. Robota leży i ja leżę. Blogi wasze czytam z poziomu fona. Do usłyszenia...