22 października 2012

...po wielkim show...

...mam blaze po wczorajszym dniu,
więc jak coś napisałem bez składu i ładu,
to darujcie

Od samego rana w pracy mały kołowrót. Jakieś uchwały do skanowania, później do umieszczenia na stronie, jakiś pierdół pełno. Filie przez weekend też naprodukowały informacji więc człowiek siedzi i moderuje to wszystko. W skrócie: małe urwanie głowy

Dopiero teraz udało mi się usiąść i napisać kilka słów o wczorajszym dniu. Może jakoś chronologicznie mi się uda. Zobaczymy.

Po pierwsze primo z wczesnych niedzielnych zdjęć wyszła d**a balada. Około szóstej rano udało mi się zwlec z wyrka. Kiedy jednak podszedłem do okna z mojej paszczy wyrwało się przeciągłe "ooooooooooo", bo na dworze bieliło się od mgły... i tak jakoś wylądowałem pod ciepłą kołderką. :))

Zdjęć nie udało się odzyskać. Po sekcji karty i porównaniu folderów na kompie straty okazały się na szczęście małe. Ucierpiały tylko trzy zdjęcia jakiegoś przydrożnego grzyba, płakać po nim nie będę.

...a później to już szykowanie się na chrzciny. 
Kiedy już odpicowani mieliśmy wsiadać do cara o mało mnie szlak nie trafił. Było (wczoraj) gnać na myjnie, było szorować autko skoro dzisiaj wygląda tak jak wygląda. Cholerne uroki mieszkaniu w okolicy dymiących kominów.
Kolejne podniesienie ciśnienia to poszukiwania świateł przeciwmgielnych. Przednie się święcą, ale jak włączyć tylne, przecież mi jeszcze jakiś Kubica w kuper wjedzie. No znalazły się. :))
Ostatni wqrw miałem przy kościele (pierwszy raz tam byliśmy) kiedy szukaliśmy parkingu. Kościół odpicowany, wielgachny. Za kościołem plebania - wielgachna; za plebanią jeszcze większa chałupa jakiegoś księdza na emeryturze. A parkingu jak nie ma, tak nie ma (pewnie pinindzy już brakło). Zaparkowałem na poboczu i heja do kościoła...

...już przy drzwiach wejściowych spotkaliśmy ową Kruszynkę. W oczach strach (niby tłumaczyliśmy) z jedzeniem nie lepiej. Ceremoniał przebiegł szybko. Było parę chwil, w których Kruszynka pokazała swoją pomysłowość. Jedną z nich były schody i chęć maszerowania po nich, druga komentarz o chęci zgaszenia największej świecy (Paschał), bo sieci (tłum. autor: świeci). Hit w wykonaniu Kruszynki to śpiewanie ...koła autobusu kręcą się... w momencie kiedy księżulo miał polać jej głowę wodą.
...i weź tu człowieku zachowaj powagę...

Przyjęcie odbywało się w przepięknie rozbudowanym i  odrestaurowanym byłym ośrodku pracowniczym. Dzisiaj obiekt w rękach prywatnych - co wyszło mu na zdrowie. Cały kompleks podzielony był na kilka sal. Nam przypadła Sala Rubinowa. Obsługa miła, szybka i fachowa. Jedzenie wyborne i ciekawe.


Na początek krem z pomidorów i mozzarellą, mięsiwa różnego rodzaju i kalibru z sosem i kurkami; ziemniaki w postaci normalnej (gotowanej),  pieczonej i a'la frytki; surówki. Zimne przekąski: sandacz w galarecie, ryba po grecku, mięsna rolada z orzechami, sałatki różnego kalibru. I jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, a porcje jak dla gwardii...

Długo nie wyrobiliśmy za stołem, no gdzie to wszystko pchać. I był spacer...


Kiedy wróciliśmy ze spaceru, mała Kruszynka zaczęła dobierać się do prezentów i był wielki szał kiedy dopadła Elmo. Było bieganie, skakanie, śpiewanie ...Elma świat... i na koniec hyc na kolana moje, a później Połówki...

Z imprezy wróciliśmy wieczorem. Mgła nie odpuściła, a nasiliła się. Podczas jazdy czułem się jak na torze F1 - wypatrywałem przed sobą czerwonego światełka... :))

Podsumowując:
Imprezę można zapisać do bardzo udanych. Dopisało jedzenie i bawiliśmy się w gronie fajnych ludzi. Może dlatego, że to impreza dalszej rodziny gdzie z każdym bardziej jesteśmy na Pan/Pani niż na ciocia/wujku. 

P.S. Dzisiaj z rana w progach mojego biura zagościła koleżanka pracująca w jednej z filii naszej firmy. Zostałem obdarowany zdjęciami pięknej roślinki. Chciałem podać autora zdjęć, ale stwierdziła, że lepiej im będzie z moim logo. Krótko więc: zdjęcia nie moje , kolaż mój.