8 października 2012

...po weekendowy post...

...chyba w poprzednim życiu kogoś zabiłem - stwierdziłem po urokach ostatnich trzech dni...

...zaczęło się pięknie. Urwałem się wcześniej z pracy. Były małe zakupy na piątkowy obiad, a później leniwy spacer nad jeziorem. Słonko mocno przyświecało, od jeziora wiał ciepły wiatr. Zrobiłem sobie małą przerwę i na schodach biegnących do jeziora zjadłem sobie drugie śniadanie. Siedziałem jeszcze chwilę i obserwowałem mewy. Później był leniwy spacer i foto:






Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i po zawitaniu w progach domiszcza w padłem w szał pracy. Razem z Połówką zaczęliśmy sprzątać domiszcze z kurzu. Odkurzaliśmy, myliśmy podłogi. A ja wyzywałem na całego, bo co tydzień ta sama kołomyja. 

Sobota przebiegła nie lepiej - ja naprawdę nie wiem, komu zawiniłem w poprzednim życiu... ...jedyny plus z soboty to taki, że ususzyłem sobie górę jabłek, mniam. :))

Niedziela, to standard. Pospało się dłużej, później leniwe śniadanko w piżamach i wymarsz do teściów.  Błogo. Pod ryjek podstawią, od ryjka odstawią. :)) 

Wszystko przebiegało pięknie do momentu kiedy udaliśmy się do moich Rodzicieli. Ptaszyny wybyły w świat, a mi (nam) pozostał obowiązek z ogrodem. Dzięki. :(( Natyraliśmy się za czterech. Orzechów mrowie, jabłka lecą. W tym miejscu chciałbym komuś podziękować za (nie)wygrabienie liści pod orzechem. Po przeszło dwóch godzinach spasowałem, pomógł w tym również lejący deszcz. Reszta musi poczekać do następnego weekendu. W przelocie strzeliłem parę fotek: 





A dzisiaj wszystko mnie boli. Namarzłem. Zimno mi i znowu ten ból zatok. Zbieram siły na nadrobienie blogowych zaległości... o niewyspaniu nie wspomnę...