16 października 2012

...jedna dobra wiadomość...

Coś nie mogę się wyrobić. Niby nie jestem zawalony pracą, ale mam spowolnione obroty. Sądzę, że wielki wpływ na moje przyhamowanie ma pogoda. Wczoraj sama nie mogła się zdecydować czy jednak zrosić ziemię deszczem czy nie. Wisiały ciężkie chmury jakby niebo miało dąsa. Za to dzisiaj siąpi deszczyk od samego rana i ciężko było podnieść cztery litery z łóżka, ale może zacznę wszystko od początku...

...poniedielnik...
Mój wielki "come back" do pracy nie odbił się negatywnie na organizmie. Na biurku nie czekały tony dokumentów, ani nikt nad człowiekiem nie wisiał. Sądzę, że sprawiły to telefony na linii praca-dom w czasie mojego chorowania. W pracy spokój, za to organizm zaczął intensywnie domagać się snu. Spowodowane to było nowym zwyczajem, jaki znaleźli sobie ludzie z pieskami, na naszym osiedlu. Z góry przypominam, że ja do piesków nic nie mam i jak mówił pewien jegomość "człowieku, ty pies jesteś..." (ale może o tym w kolejnym poście). Ów nowy zwyczaj polega na wyprowadzaniu pieska na tzw. siusiu po godzinie dwudziestej drugiej. Sama godzina może i by człowieka nie dobiła tylko ustawiają się pod drzewem, która rośnie obok okna do naszej sypialni (łączka dla piesków tuż obok). I się zaczyna: dym z papieroska, gadulec, szczekanie psów. W sumie to tylko jeden pies szczeka jak nakręcony, od momentu wyjścia do momentu powrotu do blokowiska. Cholery idzie dostać, bo w ciszy panującej na osiedlu każdy szczek psiny brzmi jak wystrzał z armaty w tonacji pikolo (bo psina mała). Zdołałem tylko wywnioskować z głosu, że jednym z uczestników owych spotkań jest kuzynek i szykuję się z mały "opierdolec" czyt. zwrócenie uwagi.

Tak się rozpisałem o psich sprawach, iż zapomniałbym wspomnieć o tej jednej dobrej, która poprawiła mi humor. Dostaliśmy zaproszenie na chrzest od pewnego maluszka (w sumie już nie maluszka). Ta mała kruszyna rozkochała w sobie, takiego wielkiego ludzia jak ja, jednym uczynkiem o którym pisałem tutaj. Oczywiście zaraz zaczęliśmy planować co by to kupić na prezent? Duchowny niech się zajmie sprawami duchowymi, a ja (my) sprawami cielesnymi. Padło na maskotkę ELMO. Poszukiwania na Allegro przyniosły tylko jeden satysfakcjonujący nas rezultat, jutro poszukiwania w sklepach u nas...


...wtornik...
Dzionek w pracy zaczął się spokojnie, do czasu...
...dobrze, że biurko okupuje kalendarz... a w nim informacja o szkoleniu... tacham więc sprzęt, podłączam rzutnik, ustawiam ekran i szczęśliwy montuję się u siebie za biurkiem... i małe ups, bo nikt nie wspomniał o podłączeniu do internetu. Szkolenie za pół godziny, a ja co, lecę i przestawiam wszystko w  miejsce gdzie jest internet. Taki mały obrót wszystkiego o sto osiemdziesiąt stopni... szczęśliwy byłem jak nie wiem co...

Szkolenie się rozpoczęło, a ja do sklepu z zabawkami zobaczyć czy mają wspomnianą wyżej maskotkę...

...maskotka zakupiona, nawet taniej wyszło jak na aukcji internetowej. W sumie, to o kasę nie chodziło, a o termin dostarczenia... jak kobitki z pracy zobaczyły owego stwora to oszalały, a ja robię teraz za ochroniarza...

...no już sioooo na szkolenie, bo przerwa się skończyła...

...oj Elmo, Elmo...
...ale z ciebie kobieciarz... :))