1 października 2012

...a takie tam...

Jak minął wam weekend? Czy był spokojny? Z dużą dawką spacerów i lenistwa. Czy pracowity? Z dużą dawką zabiegania i uczuciem, że jednak doba się skurczyła. 

Nie wiem jak u was, ale u mnie wystąpił drugi przypadek. Praca. Wcześniej wyjazd jednego z Rodzicieli do sanatorium. Drugi Rodziciel miał się wybrać w tym czasie do swojej siostry, ale już w autobusie rozłożyła go choroba. Telefon się urywał co chwila. Suma summarum Mamcia wylądowała u mnie, na weekend, a plany wyjazdowe przesunięte o kilka dni.

Kolejny etap zamieszania to "mała Panna Mi", która miała u nas spędzić jedną nockę. Już w piątek zaczęło się szaleństwo. Wszystkie czynności, które zazwyczaj robione są w sobotę, wykonaliśmy w piątek. Później był już tylko spad do łóżka...

Sobota niby miała być spokojniejsza (przecież wszystko wykonaliśmy wczoraj), ale robota to głupota. Znowu latania i biegania było do samego przyjazdu "Panny Mi", a później był spacer i zachód słońca...


Kuzynostwo po małą, Pannę Mi, zgłosiło się w nocy. Człowiek mógł powrócić do łoża z wygnania podłogowego. :)) Kolejna część dnia to już standard: śniadanko, obiad u teściów i wypad do ogrodu... a w drodze do ogrodu towarzyszył nam samolot


Po małych buszowaniach rabatowych wróciliśmy do domu (teściów) i był czas na małe słodkie i kawę. 


W tym czasie ja, dopadłem do "Wysokich Obcasów" i szukałem zaciekle wywiadu z Chustką. Przeleciałem raz pisemko - nie ma. Drugi raz - to samo. Od przodu do tyłu - nie ma! Od tyłu do przodu - Też nic!!! Cholera myślę sobie albo mam sklerozę, albo ślepnę. Olśniło mnie dopiero kiedy spojrzałem na datę (22 września). Rzucam się ponownie na stertę gazetową i... jest znalazłem. Zaczytałem się strasznie... taaaaa, pochłonąłem artykuł... i stwierdziłem, że ja jako człowiek jestem mały. Z byle powodu biadoli. Błahostka przeradza się w moim mniemaniu w tragedię. Chustka dała mi porządnego kopa... pozytywnej energii. Trzymam kciuki za nią i jej bliski. Zazdroszczę jej... a wiecie czego? WEWNĘTRZNEJ SIŁY.
***
Mały zgrzyt nastąpił w momencie szykowania się do wyjścia. No nie da rady... ...nie będę tachał trzech toreb z jabłkami!!! - warknąłem. Dzięki dobrym duchom  szwagier się ulitował i odwiózł nas swoim carem".

Dopiero po tym wszystkim był czas na prawdziwe el-be. Jednak ja wolałem udać się w teren z kijkami. Oto foto:











P.S. Uff... jakoś udało się mi dotrzeć do końca... w pracy normalnie kołomyja. Dodatkowo pogoda barowa (a jedyny bar zamknięty) i potworny ból zatok aż mi oczy łzawią...