31 października 2012

[...]

Nadchodzący pierwszy listopada sprawia, że zaczynam inaczej patrzeć na świat. Dostrzegam rzeczy, na które normalnie nie zwróciłbym uwagi. 

Bielące się drzewo, obdarte korą czasu...


...alejka kusząca nieznanym...


...ławeczka oddech dla duszy...


...paragony jedyni świadkowie debetu na koncie...


...ostatnie liście późnej jesieni...


...kwitnąca Schlumbergera przedsmak świąt...



...czarne kiście jagód jedynie ozdoba...


...stare budynki i drzewa przesiąkłe minioną epoką...




...dywan liści w pokoju z drzew...


...zachód słońca ekstaza dla oka...


A tak naprawdę, to mój mały kawałek świata: droga do pracy, drzewa przy kościele, dom, stare budynki...

29 października 2012

...dworzec...

...dworzec pożółkły
jak jesienny liść,
powitał Wędrowca
strudzonego.

...poczekalnia zszarzała 
historią minionych lat,
zasiana  czerwonymi siedziskami
dała odpoczynek bolącym nogom.

...gazeta pomięta
upstrzona literami minionego tygodnia,
otula celulozą
pokarm dla ciała.

...megafon zardzewiały
skrzeczącym głosem,
wyrywa z czeluści mroku
myśli strudzone.

...mgła gęsta 
niczym wata cukrowa,
ukrywa
cel niezamierzony.

...przedział na sześć osób
jak matka,
ciepło się wita,
otula jak koc.

...Wędrowiec zasypia,
gra va banque
w rosyjskiej ruletce życia,
zmierza ku nieznanemu.


-Chustce-



...mglisty poranek...

...w końcu!!! W końcu człowiek się wyspał. Godzina snu więcej, a jakie daje to rezultaty. Nawet kaprysy pogodowe nie wpłynęły na moje samopoczucie, chociaż wczoraj było inaczej. Wczoraj przyblokował mnie niesamowity ból głowy, a wszystko przez moją głupotę i niezdecydowanie. To zakładałem czapkę, to ją ściągałem i na efekty nie trzeba było długo czekać. Pomogła jedna tabletka (i dobrze), bo jeżdżenia było sporo...
...a dzisiaj mgliście i mroźno, chociaż moje zatoki uwielbiają taką pogodę, a na grzbiecie ciepła kurteczka i obowiązkowo czapeczka. W kurteczce, od wczoraj, zakamuflował się aparacik i dzięki temu przedstawiam wam poranne zdjęcia... KURTYNA!!!





P.S. 1: Powoli nadrabiam zaległości na Waszych blogach.

P.S. 2: Cieszę się, że podobają się Wam moje zdjęcia i kolaże, o ja niegodny amator-fotograf...

28 października 2012

27 października 2012

...sobotnie...

...piątek był piękny jednak dzisiaj pogoda od rana nie rozpieszcza. Z ust mijanych ludzi często padało określenie "pogoda pod psem", tylko czy jakiś psiak winien jest takowej aury. Wątpię. 
***
Końcówka października stroi fochy (zimno, wietrznie, pochmurnie, przypadkowe płatki śniegu), a przed nami trasa objazdowa po sklepiszczach. 

Jeżdżenia było sporo, więc podzieliliśmy cały ten rajwach na dwa etapy. 
Od rana spożywka i odwiedziny na bazarku, a jakie dynie. Cud miód malina. Znowu brak zgody na foto. :( Dopiero koło jednego z marketów udało mi się strzelić, z ukrycia, zdjęcie dyń halloween. 

Drugi etap objazdowego cyrku już bardziej rozrywkowy. Na celowniku sklepy z ciuchami, z butami i elektroniką. Efekt to jedynie zakupiony dekoder dvb-t dla rodziców. Jutro montaż.

Buszując u "wariatów" po półkach w moje łapki wpadł aparat NIKON D3200. Aż mi się oczka zaświeciły i zacząłem szykować grunt pod zakup. :)
***
Z dalszego spaceru po sklepach musieliśmy zrezygnować. Pogoda załamała się na całego. Dosyć że wiało to jeszcze zaczął sypać śnieg, a autko na letnim ogumieniu (dzięki Rodziciel).
***
Pelargonie za oknem pobieliło. Jeśli do jutra utrzyma się śnieg to będzie foto, bo w ciemności aparacik nie wyrabia. 
***
Sobota jak zwykle szybko przemija. Sytuację ratuje jedynie fakt, ŻE ŚPIMY O GODZINĘ DŁUŻEJ.
I tym miłym akcentem kończę.

Dobrej nocy...

P.S. 1: Foto zamieszczę jutro, bo dostęp do kompa ograniczony przez śpiącą Połówkę.

P.S. 2: Może ktoś poradzi jaką lustrzanke wybrać, bo w tej materii zielony jestem.

P.S. 3: Dzisiaj w nocy przestawiany zegarki na czas zimowy. Po trochu dość mam tej czasowej kolomyi...

26 października 2012

...w autobusie...

...moja wczorajsza rozmowa...

KUMPELA: Cześć, a co tak późno wracasz?
JA: ...u dentysty byłem...
KUMPELA: Słyszę, że coś niewyraźnie mówisz.
JA: ...a dostałem z nieczulenie...
KUMPELA: I co nic nie czułeś?
JA: ...zero bólu, tylko jeść nie mogę, muszę poczekać aż puści... 
KUMPELA: A jak się czujesz?
JA: ...zarąbiście, a najlepszy to jest ten czerwony smok w rogu autobusu. Po prostu obłęd...

...list...

Ciemna noc, 
krople deszczu
rozbijają się o okno, 
matowieją świat.

Biorę krzesło, 
drewniane, 
siadam za stołem
przy oknie.

Przysuwam starą gazetę, 
artykuł o Szymborskiej odkładam na bok, 
czysta kartka papieru i kałamarz, 
światło latarni rozbija mrok.

Chwytam pióro,
myślę... 
złoty grot znika w atramencie 
kreślę pierwsze słowa...

Biała kartka pożółkła światłem latarni
pochłania kolejne zdania
czernieje atramentem
zaczyna żyć.

Słowa mkną ku
znajomym miejscom,
poszukują zapachów,
tajemnic z dziecięcych lat.

...

Zastygam,
słone krople nie-deszczu orzą twarz,
spadają bezbarwne,
czernieją i nikną.

Po drodze
mijają zapisane słowa,
sieją zniszczenie wśród liter,
barwią papier.

...

Popijam zimną herbatę,
samotnie
wpatrzony w okno,
 czekam świtu.







25 października 2012

...roczek...

Olśniło mnie dzisiaj z rana, a teraz sprawdziłem i to prawda. Cztery dni temu minął rok mojego blogowego życia. Jak ten czas leci - chciałoby się powiedzieć. Mam wrażenie, że czas  to bezlitosny TGV (czyt. te-że-we). Pamiętam: pierwsze posty na sławetnym i przepraszającym portalu O., bieganie za koszulą, przenosiny na bloggera i proszę roczek stuknął.

...wszystko zaczęło się od koszuli i bitwie o nią. Wkurzony potrzebowałem gdzieś się wygadać lub pożalić nad stanem ducha i ciała. Znaleźć bratnie dusze, które też miewają ciuszkowe zgryzoty. Jednak bardzo szybko pisanie mnie wciągnęło i zmienił się profil bloga na codziennik.

Dziś po roku blogowania mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że prowadzenie bloga to same pozytywy.
  • Primo - słowa.
    ...w końcu przestałem ograniczać się do kilku zdawkowych zdań - zaszłość ze studiów technicznych gdzie wymagano od nas krótkich rzeczowych odpowiedzi. Teraz zaczynam powoli poznawać słowo, bawię się nim. Dodatkowym plusem, jaki zyskuję podczas pisania, jest poznawanie od nowa ortografii (o zgrozo!!!). Trzeba czasami pomyśleć, poszukać w słowniku, tutaj Word nie podkreśli byka. :))
  • Secundo - ruch.
    ...dzięki blogowi, wstałem od komputera, zacząłem się ruszać - chciałem pokazać wam miejsce w jakim mieszkam. Wędrując odkrywałem na nowo otaczającą mnie okolicę, przyrodę. Przekonałem się, że mój mały świat, to nie tylko kominy, ale również cudowne wschody i zachody słońca, dzikie zwierzęta, przepiękne widoki. No i zgubiłem parę kilogramów.
  • Tertio - ludzie i miejsca.
    ...b
    log to poznawanie innych ludzi, miejsc, sytuacji, smutki i radości.  Wędruję z wami po Polsce i świecie, dzielę z pasje, szaleję z waszymi zwierzakami. Posiadam kilku stałych czytelników, o ja niegodny ;), którzy doradzają, chwalą, ale jak trzeba to tupną nóżką. Moje pisania czasami są lepsze, czasami gorsze. Cóż poradzić, tak bywa.
To tak w skrócie. Mogę tylko dodać, że każdy dzień zaczynam od logowania się na bloggerze i czytaniu waszych wpisów. Korespondencja firmowa w tym czasie ściąga się na skrzynkę, a ja czytam... Chyba się uzależniłem. :))

Na koniec chciałbym wam podziękować za ten rok, za to że wytrzymujecie moje częste jęki i marudzenia, za ciekawe komentarze oraz za to, że dzięki wam mogę gościć w waszych małych światach




P.S. W tajemnicy, przed całym światem, zacząłem pisać do szuflady. Kto by pomyślał. :))

24 października 2012

...wczoraj w radio...

...będąc wczoraj na sesji zdjęciowej, o czym już pisałem, usłyszałem kawałek rozmowy prowadzonej w radio. Nie wiem jaka to była stacja (a nie chcę nikogo szkalować) ani kto brał udział w owej rozmowie. Ot usłyszałem przez przypadek... a sama rozmowa dotyczyła legalizacji marihuany w Polsce. 
  1. Pan (artysta) prowadzący wywody na temat maryśki twierdził, że my Polacy boimy się jej bardziej niż wódki i uważamy ją za bardziej szkodliwą. Ponoć tak wyszło w sondażach.
  2. Polska ociąga się z legalizacją marihuany i jest w czołówce państw, które jeszcze nie poczyniły kroków w sprawie miękkich używek.
  3. Twierdził, że istniejące przepisy ograniczają jego demokratyczną wolność.
  4. Ostatnie i najlepsze. Użalał się nad biedną Korą i jej aresztowaniem, w głośnej sprawie z narkotykami i pieskiem w tle.
To wszystko co udało mi się usłyszeć, aż mi się futro na grzbiecie podniosło. O ciśnieniu nie wspomnę. 
Po pierwsze (to moje zdanie) każdy narkotyk, dla mnie, to świństwo rujnujące życie i zdrowie. Nie ważny jest dla mnie podział na miękkie czy twarde narkotyki. Narkotyk, to narkotyk. Zaczyna się od trawki, a kończy na brudnej strzykawce. NIE boję się narkotyków, boję się ludzi pod ich wpływem i nie ma dla mnie znaczenia czy zażyli ziele czy biały proszek
Po drugie. Legalizacja miękkich narkotyków to ekonomia.  Kolejne, po wódce i papierosach, źródło wpływów do kasy państwa, które tylko mami nas podatników tworząc iluzje: program pomocy dla AA, nadruki i afisze reklamowe umieszczane na papierosach.
Po trzecie, co mi z takiej wolności, kiedy opalony maryśką nie będę odróżniał jawy od świata realnego. Bardziej czuję się zniewolony:
  • przez moher - klan Rydzyka, 
  • przez polityków, którzy idą na układy, z ojcem założycielem, licząc na wzrost wyborczych sondaży, 
  • przez państwo, które do dnia dzisiejszego nie uznało bezpłodności jako choroby XXI wieku i nie wspiera in vitro oraz par (ludzi) starających się o dziecko,
  • przez urzędy, w których człowiek już od samego progu traktowany jest jak złodziej i musi udowadniać na każdym kroku swoją niewinność i to, że dana pomoc (społeczna czy inna) mu się należy,
  • przez brak regulacji (choćby) głupiej rozmiarówki odzieży,
  • i znowu przez państwo, które pozwala aby człowiek wykształcony zapierniczał za najniższą krajową, która powinna być w kodeksie pracy określona jako wynagrodzenia początkowe dla ludzi bez wykształcenia czy wyuczonego zawodu...
Po czwarte. Użalanie się nad losem artystów, którzy wpadli, jest dla mnie czymś śmiesznym. Prawo dla wszystkich powinno być jednakowe. Czy tak naprawdę halucynogeny potrzebne są nam do twórczego tworzenia. Artysta (w dzisiejszych czasach), który aby tworzyć musi spalić ziele, to żaden artysta, to rzemieślnik nastawiony na kasę.  Nikt więcej. 

Przeżyłem już przeszło trzydzieści lat i na swojej drodze zahaczyłem nie raz o używki. Wypaliłem papierosa (z ciekawości i głupoty), urżnąłem się alkoholem. Jednak po trawkę nigdy nie sięgnąłem, choć kuszono mnie wiele razy. Owe momenty z używką zawsze kończyły się kacem. Jak nie moralnym, to takim w naturze. W dniu dzisiejszym mogę stwierdzić jedno: papierosów nie cierpię i jestem anty w tej materii - dla mnie one śmierdzą i przeszkadzają. Alkohol piję znikomo, zazwyczaj lampkę wina lub dobre piwo. Jednak maryśce mówię stanowcze nie.   

A jakie jest wasze zdanie?






P.S. Zastosowanie marihuany w medycynie nie budzi moich zastrzeżeń. W tym względzie jestem za i popieram. Wystarczy wstukać w wujka Google, aby dowiedzieć się ciekawych rzeczy, ot dla przykładu...

P.S. P.S. Rząd postanowił wprowadzić częściowe dofinansowanie do in vitro. Mam nadzieję, że nie okaże się to kolejną kiełbasą przedwyborczą...

23 października 2012

...zakręcony...

...no zakręcony jestem, jak słoik z ogórcami... :))
...stwierdziłem w drodze do jednej z filii robić zdjęcia. Prędkości jakie osiągałem, mijając jesienne osiedlowe uliczki, groziły pamiątkowym zdjęciem na fotoradarze...


Kiedy dopadłem do filii okazało się, że jest jeszcze mała chwilka na strzelenie paru próbnych fotek.


Zajęcia trwały, a ja miałem możliwość przyjrzeć się eksponatom zgromadzonym na wystawie. Placówka obchodziła czterdziestolecie istnienia. Na wystawie znalazły się przedmioty właśnie z tamtego okresu. W tych latach (1972) jeszcze nie było mnie na świecie. Pamiętam je z późniejszego okresu, z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych.


Czarne płyty analogowe, grające widokówki, które słuchało się na adapterach. Wielkim fanem owych płyt był mój dziadek (pisałem o nim tutaj), który słuchał muzyki na radiu podobnym do tego na dole zdjęcia.


Kolejny kawałek historii - sławetny syfon. Proste urządzenie, które służyło do gaszenia pragnienia. Obsługa była bardzo prosta: do pojemnika (kształt butelki) wlewało się wodę; nakręcało się mechanizm spustowy - zawór; później jednym nabojem, wypełnionym gazem, uzdatniało się ją do wersji bąbelkowej; zmiana naboju i już woda z syfonu lała się do szklanki z sokiem. Pycha!!! I nikomu woda sodowa nie uderzała wtedy do głowy!!!


Kolejne zaszłości lat poprzednich. Z owych okazów pamiętam wyroby szklane i globus, który zawsze mnie ciekawił. Ot kręci się piłka, kręci... a w nogę grać nie wolno...


Mam nadzieję, że spodobał się wam taki mały powrót do przeszłości, że znaleźliście na moich zdjęciach kawałek siebie z tamtych lat. A wy jakie pamiętacie (macie) z tamtych lat...

22 października 2012

...po wielkim show...

...mam blaze po wczorajszym dniu,
więc jak coś napisałem bez składu i ładu,
to darujcie

Od samego rana w pracy mały kołowrót. Jakieś uchwały do skanowania, później do umieszczenia na stronie, jakiś pierdół pełno. Filie przez weekend też naprodukowały informacji więc człowiek siedzi i moderuje to wszystko. W skrócie: małe urwanie głowy

Dopiero teraz udało mi się usiąść i napisać kilka słów o wczorajszym dniu. Może jakoś chronologicznie mi się uda. Zobaczymy.

Po pierwsze primo z wczesnych niedzielnych zdjęć wyszła d**a balada. Około szóstej rano udało mi się zwlec z wyrka. Kiedy jednak podszedłem do okna z mojej paszczy wyrwało się przeciągłe "ooooooooooo", bo na dworze bieliło się od mgły... i tak jakoś wylądowałem pod ciepłą kołderką. :))

Zdjęć nie udało się odzyskać. Po sekcji karty i porównaniu folderów na kompie straty okazały się na szczęście małe. Ucierpiały tylko trzy zdjęcia jakiegoś przydrożnego grzyba, płakać po nim nie będę.

...a później to już szykowanie się na chrzciny. 
Kiedy już odpicowani mieliśmy wsiadać do cara o mało mnie szlak nie trafił. Było (wczoraj) gnać na myjnie, było szorować autko skoro dzisiaj wygląda tak jak wygląda. Cholerne uroki mieszkaniu w okolicy dymiących kominów.
Kolejne podniesienie ciśnienia to poszukiwania świateł przeciwmgielnych. Przednie się święcą, ale jak włączyć tylne, przecież mi jeszcze jakiś Kubica w kuper wjedzie. No znalazły się. :))
Ostatni wqrw miałem przy kościele (pierwszy raz tam byliśmy) kiedy szukaliśmy parkingu. Kościół odpicowany, wielgachny. Za kościołem plebania - wielgachna; za plebanią jeszcze większa chałupa jakiegoś księdza na emeryturze. A parkingu jak nie ma, tak nie ma (pewnie pinindzy już brakło). Zaparkowałem na poboczu i heja do kościoła...

...już przy drzwiach wejściowych spotkaliśmy ową Kruszynkę. W oczach strach (niby tłumaczyliśmy) z jedzeniem nie lepiej. Ceremoniał przebiegł szybko. Było parę chwil, w których Kruszynka pokazała swoją pomysłowość. Jedną z nich były schody i chęć maszerowania po nich, druga komentarz o chęci zgaszenia największej świecy (Paschał), bo sieci (tłum. autor: świeci). Hit w wykonaniu Kruszynki to śpiewanie ...koła autobusu kręcą się... w momencie kiedy księżulo miał polać jej głowę wodą.
...i weź tu człowieku zachowaj powagę...

Przyjęcie odbywało się w przepięknie rozbudowanym i  odrestaurowanym byłym ośrodku pracowniczym. Dzisiaj obiekt w rękach prywatnych - co wyszło mu na zdrowie. Cały kompleks podzielony był na kilka sal. Nam przypadła Sala Rubinowa. Obsługa miła, szybka i fachowa. Jedzenie wyborne i ciekawe.


Na początek krem z pomidorów i mozzarellą, mięsiwa różnego rodzaju i kalibru z sosem i kurkami; ziemniaki w postaci normalnej (gotowanej),  pieczonej i a'la frytki; surówki. Zimne przekąski: sandacz w galarecie, ryba po grecku, mięsna rolada z orzechami, sałatki różnego kalibru. I jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, a porcje jak dla gwardii...

Długo nie wyrobiliśmy za stołem, no gdzie to wszystko pchać. I był spacer...


Kiedy wróciliśmy ze spaceru, mała Kruszynka zaczęła dobierać się do prezentów i był wielki szał kiedy dopadła Elmo. Było bieganie, skakanie, śpiewanie ...Elma świat... i na koniec hyc na kolana moje, a później Połówki...

Z imprezy wróciliśmy wieczorem. Mgła nie odpuściła, a nasiliła się. Podczas jazdy czułem się jak na torze F1 - wypatrywałem przed sobą czerwonego światełka... :))

Podsumowując:
Imprezę można zapisać do bardzo udanych. Dopisało jedzenie i bawiliśmy się w gronie fajnych ludzi. Może dlatego, że to impreza dalszej rodziny gdzie z każdym bardziej jesteśmy na Pan/Pani niż na ciocia/wujku. 

P.S. Dzisiaj z rana w progach mojego biura zagościła koleżanka pracująca w jednej z filii naszej firmy. Zostałem obdarowany zdjęciami pięknej roślinki. Chciałem podać autora zdjęć, ale stwierdziła, że lepiej im będzie z moim logo. Krótko więc: zdjęcia nie moje , kolaż mój. 



20 października 2012

...przed wielkim show...

Lubię jak wszystkie sprawy biegną swoim tokiem bez żadnych przeciwności, ale kto tak nie lubi. Wszystko, co było zaplanowane na dzisiaj zostało wykonane w stu procentach.
Zakupy zrobione.
Samochód umyty.
Prezent (prezenty) zapakowane.
Pamiątkowa kartka wypisana.
Mały bukiecik jest.
Gang i kreejszon Połówki uszykowane.
...ufff, padliśmy...

Z innej beczki. Jak nie było dodatkowego zajęcia, to nie było. A dzisiaj oprócz normalnej pracy w moje łapki wpadło wdrożenie strony, przygotowanie prezentacji i zdjęcia. Większość prac charytatywnie, ale co tam... grunt, że człowiek wyrabia sobie "markie"... :)

Ponoć to ostatni tak piękny weekend, a w planach były zdjęcia. Chyba czeka mnie jutro wczesny łejk-ap. Zobaczymy...

P.S. 
...dzięki za życzenia, wam również udanej niedzieli...

...przez przypadek usnąłem zdjęcia z karty i mam lekki wqrw, może jakoś je odzyskam...

...a teraz już naprawdę. dobranoc...

19 października 2012

...uczłowieczenie...

Działo się to jakieś piętnaście lat temu, latem. Bohaterami owego zdarzenia byli pies i jego właściciel. Scenka sam w sobie jest krótka, ale utknęła nam w pamięci i śmiejemy się z niej za każdym razem, kiedy o niej wspomnimy.

...z małej pijalni, obleganej przez amatorów taniego piwa, dla których liczy się ilość a nie jakość, wychodzi pewien wstawiony jegomość. Obok kroczy pies. Stan chodu jegomościa wskazuje na większą ilość wypitych piw i dłuższy czas poświęcony tej czynności...

...kiedy ów jegomość ma zamiar przejść na drugą stronę ulicy mija go w ostatniej chwili rowerzysta, klnąc na całego jak to kreślił "zapijaczoną mordę". Sprawę ratuje jedynie fakt, że droga jest wewnętrzna i prowadzi do kilku domków jednorodzinnych, więc nie będzie żadnych krwawych scen...

...jegomość stoi na środku uliczki i coś macha rękoma w kierunku odjeżdżającego rowerzysty, następnie kuca (cudem) przed psem i zaczyna przemowę...

JEGOMOŚĆ: ...mordo ty moja, kochana... - lekkie zachwianie
PIES: ...macha ogonem...
JEGOMOŚĆ: ...mor-do ty... - sylabizuje
PIES: ...skomle z radości...
JEGOMOŚĆ: ...człowieku, ty pies jesteś. powinieneś szczekać... - kończy wywód

18 października 2012

...na plus...

Początek dnia, to wczorajsza a'la kołomyja. Biuro (i firma) oblężone przez kierowników filii. 
No i zaczęło się: to wydrukuj, to zeskanuj, to przerzuć z pendrive'a. Każdy coś chciał i najlepiej żeby wszystko w sekundę zrobić. Spokój nastał dopiero w momencie rozpoczęcia zebrania. 
***
Sprawy telekomunikacyjne załatwione. Godzina z hakiem zleciała, ale stary sprzęt zdany. A ile to cholerstwo ważyło, wiedzą o tym tylko moje ręce. :) Grunt, że w ręce nowa umowa. 
***
Wizyta u dentysty, też udana. Ząbek odbudowany. Śladów ingerencji zero, aż sama pani sadystka była zdziwiona. Kasy też wzięła mniej niż myślałem. I pomyśleć, że kiedyś bałem się dentysty i omijałem go jak diabeł święconą wodę. :)
***
Gang sprawdzony, koszula też. Piątek naciera powoli, a w niedzielę chrzciny...

Dzionek na plus.

17 października 2012

...miksowe trio, a nawet kwartet...

Biegania było co niemiara. Spraw ogrom, załatwiania i latania też. Chyba miotłę zakupię i jak czarownica będę latał... ale po kolei...

Na dobry początek dnia lekarz-specjalista. Wizytę odkładałem już od kilku miesięcy. Bardzo pomocna (motywująca) okazała się w tej materii Połówka. Powoli stwierdzam, że musiała skończyć jakiś kurs dla spin-doktorów (normalnie sierżant, jak ryknie)...
Kolejną rozprawę miałem przy okienku rejestracyjnym. Ile to się na tłumaczyłem, ile na wymyślałem żeby tylko nie bolało. Piguła w okienku spiorunowała mnie wzrokiem i wydała numerek. U lekarza było nie lepiej.
Po wizytach, lekarskich i aptekarskich, załapałem małego doła. Kuracja trzepnie mnie tak po kieszeni dwieście zeta i możliwa jest powtórka z rozrywki. ...ach te geny...
***
Kolejna kołomyja wynikła z wygasającej umowy na internet (pisałem o tym wcześniej tutaj). Odwiedziłem jeden salon - kicha. Później urwałem się z pracy do drugiego i dopiero tutaj pani poważniej podeszła do sprawy i wszystko wyłożyła łopato-logicznie. Jeszcze tylko rozmowa w domciu i ustalenie wszystkiego z Połówką.
***
Następna kołomyja, to chodniki naszego miasta. Po wczorajszych przejściach z wózkiem-bliźniakiem i próbach przemieszczania się po owych chodnikach, spasowaliśmy. Dokładniej to spasowała  kobieta tocząca wózek i ja - oferujący swoją pomoc. Doszło do tego, że samochody okupowały chodniki  chociaż miejsca parkingowe wolne, a my sunęliśmy z wózkiem środkiem ulicy (wewnętrznej). PARANOJA. Na moje bluzgi, które puszczałem w kierunku imbecylyzmu totalnego kierowców, poruszyło się tylko kilka firanek w oknach mijanego biurowca. 
***
Na koniec mam kolejną bombę w sprawie numeracji odzieży. Ostatnio pisałem o butach (tutaj), a dzisiaj wpadły w moje łapiszcza spodenki, które obdarzone są następująca numeracją. Uwaga!!! 7XL
Toż to człowieka może zabić. Człowiek lata z kijkami, próbuje pilnować wagi i co, i weźmie taki jeden z drugim (w tym przypadku madziar, bo spodenki z Węgier) i człowieka zdemotywuje. To ja mam w d. takie latanie i walczenie z tłuszczykiem...
...i tym oto optymistycznym akcentem kończę... 
...idę się opychać pączkami z żalu...
:))

16 października 2012

...o butach...

Będzie o butach.
Temat to dla mnie drażliwy. Zawsze kiedy wchodzę do sklepu z przybytkiem na stópki włos na plecach mi się jeży, a ciśnienie wzrasta. I stety niestety nastąpił taki dzień. Kiedy powróciłem po sklepowych szaleństwach dotyczących Elmo (o czym tutaj), moje stópki poczuły jakby chłód. Buciki miałem letnie, ze skórki szyte. W pierwszej kolejności pomyślałem, że przemiękły, bo pogoda barowa. Deszczyk siąpił, czasami padał, czasami lał się z nieba - to mokro i kałuż pełno. Ściągam szybko buty, chce napakować w nie gazet i wysuszyć... tylko ZONK... gazeta zaczęła wychodzić bokiem. Dokonuję sekcji obuwia i już mam wynik: szycia popuszczały.
Coś trzeba było szybko wymyślić, bo człek w pracy i do domciu musi jakoś wrócić. Zasięgnąłem języka i gnam do szewca... tu kolejny zgrzyt, bo oczywiście pan szewc buta obejrzał i zaczął tworzyć: że to tak od ręki się nie da... że trzeba podkleić... że on tak, to nie przeszyje... bo maszyna taka, a owaka... A kij (w tym przypadku dratwa) ci w oko - myślę sobie. Jakoś przetrzymam do końca.

Po gorącej linii, między mną a Polówką, dowiedziałem się że jestem w czarnej d. Buty w domu to może i są tylko ich stan jest gorszy niż tych na moich stopach, bo przypominają ser szwajcarski. No to co miałem robić? Zaciskam zęby i udaję się do obuwniczego. Kołomyję czas zacząć...

...wchodzę do sklepu. Od drzwi wita mnie paniusia z rentgenem w oczach, jakbym chciał coś buchnąć. Ciekawe jak ja wyniosę pod pachą buty rozmiar 46!!! Zaczynam przeglądać sklepowe półki.  Butów od cholery tylko rozmiar nie taki. Po pierwszej selekcji tzw. rozmiarowej, przyszła kolej na ...czy ja takie buty, to na pewno bym założył.... Po tej selekcji zostały już tylko trzy pary butów. Normalnie szaleństwo. Teraz przyszła kolej na selekcję typu użyteczność-wytrzymałość i tu pozostał już tylko jeden kandydat. Zaczynam przymierzanie... na pierwszy ogień poszedł rozmiar 46. No małe cholery, ledwo palce się zmieściły. Szukam większych... i tu właśnie paniusia sprzedająco-obsługująca się ulitowała, widząc moje męczarnie przymiarkowe, i zaoferowało mi swoją pomoc. Nie musiałem już latać między półką, a siedziskiem. Więc ja sobie siedziałem, a paniusia biegała, znosiła pudła i dostawała coraz większy wytrzeszcz. Przyniosła nr 47 - za małe. Po chwili przytaszczyła rozmiar 48 - wszedłem, ale coś cisną. Za chwilę przytargała rozmiar 49 - bingo pasują!!!
Paniusia dumna z zaspokojenia potrzeb klienta stwierdziła ...ale ma pan duża stopę. Dobrze, że my mamy takie obuwie.... Nie byłem dłużny i odpaliłem ...oczywiście sklep dobrze zaopatrzony, ale w obuwie o zaniżonej rozmiarówce. Niestety moja stopa nie rośnie już od ponad piętnastu lat...

...mały Jasio i...

Mały Jasio ogląda z wielkim zainteresowaniem swojego siusiaka.
- Mamo, czy to mój mózg?
- Nie synku, jeszcze nie.

...jedna dobra wiadomość...

Coś nie mogę się wyrobić. Niby nie jestem zawalony pracą, ale mam spowolnione obroty. Sądzę, że wielki wpływ na moje przyhamowanie ma pogoda. Wczoraj sama nie mogła się zdecydować czy jednak zrosić ziemię deszczem czy nie. Wisiały ciężkie chmury jakby niebo miało dąsa. Za to dzisiaj siąpi deszczyk od samego rana i ciężko było podnieść cztery litery z łóżka, ale może zacznę wszystko od początku...

...poniedielnik...
Mój wielki "come back" do pracy nie odbił się negatywnie na organizmie. Na biurku nie czekały tony dokumentów, ani nikt nad człowiekiem nie wisiał. Sądzę, że sprawiły to telefony na linii praca-dom w czasie mojego chorowania. W pracy spokój, za to organizm zaczął intensywnie domagać się snu. Spowodowane to było nowym zwyczajem, jaki znaleźli sobie ludzie z pieskami, na naszym osiedlu. Z góry przypominam, że ja do piesków nic nie mam i jak mówił pewien jegomość "człowieku, ty pies jesteś..." (ale może o tym w kolejnym poście). Ów nowy zwyczaj polega na wyprowadzaniu pieska na tzw. siusiu po godzinie dwudziestej drugiej. Sama godzina może i by człowieka nie dobiła tylko ustawiają się pod drzewem, która rośnie obok okna do naszej sypialni (łączka dla piesków tuż obok). I się zaczyna: dym z papieroska, gadulec, szczekanie psów. W sumie to tylko jeden pies szczeka jak nakręcony, od momentu wyjścia do momentu powrotu do blokowiska. Cholery idzie dostać, bo w ciszy panującej na osiedlu każdy szczek psiny brzmi jak wystrzał z armaty w tonacji pikolo (bo psina mała). Zdołałem tylko wywnioskować z głosu, że jednym z uczestników owych spotkań jest kuzynek i szykuję się z mały "opierdolec" czyt. zwrócenie uwagi.

Tak się rozpisałem o psich sprawach, iż zapomniałbym wspomnieć o tej jednej dobrej, która poprawiła mi humor. Dostaliśmy zaproszenie na chrzest od pewnego maluszka (w sumie już nie maluszka). Ta mała kruszyna rozkochała w sobie, takiego wielkiego ludzia jak ja, jednym uczynkiem o którym pisałem tutaj. Oczywiście zaraz zaczęliśmy planować co by to kupić na prezent? Duchowny niech się zajmie sprawami duchowymi, a ja (my) sprawami cielesnymi. Padło na maskotkę ELMO. Poszukiwania na Allegro przyniosły tylko jeden satysfakcjonujący nas rezultat, jutro poszukiwania w sklepach u nas...


...wtornik...
Dzionek w pracy zaczął się spokojnie, do czasu...
...dobrze, że biurko okupuje kalendarz... a w nim informacja o szkoleniu... tacham więc sprzęt, podłączam rzutnik, ustawiam ekran i szczęśliwy montuję się u siebie za biurkiem... i małe ups, bo nikt nie wspomniał o podłączeniu do internetu. Szkolenie za pół godziny, a ja co, lecę i przestawiam wszystko w  miejsce gdzie jest internet. Taki mały obrót wszystkiego o sto osiemdziesiąt stopni... szczęśliwy byłem jak nie wiem co...

Szkolenie się rozpoczęło, a ja do sklepu z zabawkami zobaczyć czy mają wspomnianą wyżej maskotkę...

...maskotka zakupiona, nawet taniej wyszło jak na aukcji internetowej. W sumie, to o kasę nie chodziło, a o termin dostarczenia... jak kobitki z pracy zobaczyły owego stwora to oszalały, a ja robię teraz za ochroniarza...

...no już sioooo na szkolenie, bo przerwa się skończyła...

...oj Elmo, Elmo...
...ale z ciebie kobieciarz... :))

15 października 2012

Aukcja dla Elizy

Przedmiotem aukcji jest płyta Artura Andrusa "Myśliwiecka" z dedykacją i autografem Artura Andrusa.


Link do aukcji znajduje się tutaj.

...jesiennie...

Jesień rozgościła się na całego. Obsypuje złotem i czerwienią drzewa i krzewy. Obradza owocem. W poszukiwaniu owych dóbr wybrałem się na mały spacer.

Już z okien domiszcza moją uwagę przykuła ławka mieniąca się czerwienią. Zazwyczaj jest ona oblegana przez ludzi, którzy łapią promienie słońca i oczywiście plotkują... :)) Dzisiaj nikt nie zaszczycił jej swoją obecnością, chociaż Pani Jesień odcisnęła swój ślad dookoła siedziska. 


Niedzielny spacer zakończyłem w ogrodzie. Również tutaj jesień już w pełni. Jeszcze tydzień wstecz rozpostarte niczym parasole rosły liście dyni, a dziś pozostały po nich tylko czarne kikuty. Świadectwo pierwszych przygruntowych przymrozków. 
Grządki opustoszały, na małym poletku  strach pełni straż nad zasianym żytem i tylko w kącie rośnie jeszcze marchew i pietruszka.

Oparte o starą drewnianą szopę uschłe gałęzie drzew tworzą spektakl: spękanej kory, śladów kornika, brązów i szarości.


Liście winogrona oddały miodowe grona i teraz zaczynają się przebarwiać i usychać. Orzech rosnący obok również próbuje wygrać ową jesienną przebierankę, tworząc na swoich liściach wzory niczym skóra salamandry. Tylko czarny bez nieśmiało barwi swoje listki na czerwono...


Owady nie uległy owemu jesiennemu szałowi mody. Biedronka nadal przemierza łodygi roślin w poszukiwaniu mszyc, pająk sprząta i naprawia pajęczynę z dezaprobata kręcąc nóżkami patrząc na sąsiednią pajęczynę, w której zaplątało się piórko...


Zafascynowany pająkiem o mało co nie przegapiłem mieniących się w słońcu, niczym brylanty, kropel rosy... a wystarczyło się tylko nachylić, aby odkryć kolejny cud natury...



14 października 2012

...przypadki według Jasia...

Pani na lekcji zapytała Jasia:
- Jasiu, odmień przez przypadki słowo kot.
- Mianownik - kot, Dopełniacz - kota, Wołacz - kici kici.

13 października 2012

...zwierzolubny i anioły...

Ostatnio pisałem wam o spisie Anki i Amisi. Sam nie posiadam żadnego zwierza do kochania, a Połówki do zwierza porównywać nie wypada, gdyż to człowiek o dobrym serduchu. Do owego spisu zgłosiłem się jako Miś Misiowaty (taki żart), choć sam uwielbiam faunę i florę naszego niebieskiego globu. Oto kolejne dowody...



Przyroda sama w  sobie jest czym zagadkowym  nieodgadnionym i ciekawym. Kiedy się człowiek zagłębi trochę w jej świat, to odkrywa ciekawą symbiozę pomiędzy organizmami tworzącymi ów świat roślin i zwierzą. Natura potrafi człowieka przerazić, zabić, ale również zachwycić swoim pięknem. Tworząc bajeczne wzory na szybach zimą czy malując niebo w anioły...



Niebo samo w  sobie jest piękne...


...jednak najpiękniejsze są zachody słońca...



A Wy jak sądzicie?