5 września 2012

...miało być o czymś innym...

W pracy dorwałem chwilkę wolnego czasu i chciałem trochę popisać. Miało być o imieninach matuli (prezent trafiony), o wekowaniu... ale przed oczyma mam wczorajsze wydarzenie. Jeśli ktoś ma słabe nerwy, to proszę nie czytać.

Muszę tylko nadmienić, że jednym z moich obowiązków jest kontakt z filiami naszej firmy. Wszystko rozegrało się po godzinie piętnastej kiedy opuściłem już lokum jednej z filii. W drodze na przystanek minąłem pieska, który stał sobie spokojnie na schodach. Ów piesek to taki miniaturka dobermana (rudy). Zdziwiło mnie bardzo jaki on jest spokojny, bo zazwyczaj takie małe pieski to ujadające cholerstwa, a w mojej obecności szczególnie. :))

Cała tragedia rozegrała się szybko. Był przebiegający chłopak przez ulicę. Był wcześniej wspomniany piesek, który pobiegł za chłopcem ... i były pędzące samochody. A później to już tylko pisk opon, huk uderzenia i skowyt psa. Serce mi zamarło... po chwili pojawił się właściciel, który biegiem zabrał pieska i pognał do samochodu. I jak sądzę do weterynarza. Widziałem to wszystko jakby w zwolnionym tempie, kadr po kadrze. Żałuję, że nie byłem bliżej. Może zdołałbym go złapać, odstraszyć.

Dziś cały czas myślę o tym piesku. O tym kierowcy, który nie wysiadł i nie zobaczył co z nim. O ślepocie i durnocie kierowców, którzy gnają w tym miejscu jak szaleni. Przecież to środek miasta. Myślę o ludziach-bezmózgowcach, którzy mając do pasów dwadzieścia metrów wybierają ryzykowna drogę na skróty. Wczoraj został w tym miejscu potrącony pies. Dziś lub juto może być to człowiek, a nie daj Boże dziecko.

Jeśli uda mi się czegoś dowiedzieć o stanie pieska, to dam znać.