26 września 2012

...dopadł mnie pms...

...wczoraj popołudniu...

Cóś wczoraj byłem marudny, czepiałem się wszystkiego jak rzep. Wzrokiem zabijałem z byle powodu i teraz dziękuję, że tylko nim. Próbowałem to wszystko jakoś zdusić w sobie, ale czy w pracy jest to możliwe. 

Oczywiście byłem opanowany i wszystko wyjaśniałem słodkim głosem i tylko ja wiedziałem jakim jadem był nasączony. Po postu taki miałem dzień - zrobiłbym bym jatkę większą niż Leon Zawodowiec i to tylko dlatego, że ktoś krzywo na mnie spojrzał. 

W pracy się udało, tylko parę osób wiedziało co się dzieje. W domu, kiedy tylko przekroczyłem jego próg, od razu powędrowałem do kuchni i częściowo wyżyłem się na ziemniakach. Szybko je starłem, Połówka doprawiła i tak dalej... i na obiad były placki ziemniaczane. Próbował, podczas smażenia, zbuntować mi się widelec, ale dostał taką "opiórkę" aż szkoda gadać. Połówka skwitowała to krótko "chyba dopadł cię pms". Śmiechem rozładowałem częściowo "złą energię". Kolejną jego część rozładowało moje patelniowe dzieło.

...placek a'la kaczka ziemniaczana...

Po obiedzie miał być rajd w kijki, ale skończyło się na zakupach, razem z Połówką w spożywczaku. Po drodze spotkaliśmy znajomych i małą "Lunę". 

...trochę zamazane, bo to żwawa psina...

I to było to. Psiaki zawsze dobrze wpływały na moją psyche.

Wygadałem się za wszystkie czasy. Ja nadawałem jak katarynka, a Połówka szła obok i słuchała. I kot też chyba słuchał.


Chyba tego mi było trzeba...