4 września 2012

...15kg antonówki...

Mówi się że od przybytku głowa nie boli, a nas razem z Połówką powoli zaczyna naparzać (wczorajszy stan). Obrodziło tego roku jakby roślinki chciały przeprosić za tamtoroczne braki. Człowiek popadł więc w szał wekowania  i wekuje, smaży, pasteryzuje, mrozi. Choć się zapierał, że na co to wszystko. Szafa w piwnicy ugina się i trzeszczy od zgromadzonych w niej "dobroci". Więc co człowiek robi? Dalej wekuje i wkłada, bo to teściuniu podrzuci "coś" lub jak wczoraj kuzynka Połówki obdarzyła nas owocem, a raczej obsypała. Dają więc bierzemy. Tych dobroci było sporo i z tej przyczyny wystąpiła potrzeba urwania się z pracy i gnania na pomoc. 

Przybyłem, zobaczyłem i zdębiałem. Przywitała mnie torba z jabłkami. Patrząc na gabaryty owego owocu powinienem napisać JABŁKAMI. Kolosy normalnie po dwanaście i więcej centymetrów średnicy. Do tego kochana kuzynka dopakowała pięć kilogramów malin :)), a ciocia nie chciała być gorsza i dorzuciła jeszcze brzoskwiń. W domu zrobił nam się mały "kotlin", "tymbark" lub inna food'owa przetwórnia. 

Siedzieliśmy i dłubaliśmy (jak świstak sreberka), siedzeniu groziła stołkoza, krzyż pękał z bólu, ręce zbrązowiały od soku. A ja oczywiście, dziecko specjalnej troski, musiałem się pociąć nożem. No święto by było jakbym czegoś nie zmajstrował :)). Lecz to nic w porównaniu z zapachem malin, antonówek i brzoskwiń. A dzisiaj naginam po słoiki, bo brakło... :))

P.S. ...bym zapomniał dzisiaj mają gruszki dojechać... :))