31 sierpnia 2012

...małpa wredna...

Powoli szykuję szkolenie dla pracowników. Dzisiaj w rozmowie telefonicznej poinformowałem jedną z pracownic iż takie "cóś" będzie miało miejsce. W żartach napomknąłem, że na szkoleniach to ja jestem wredna małpa i oczekuję dyscypliny i stuprocentowego zaangażowania. Ów pracownica stwierdziła krótko, że i bez szkolenia jestem wredna małpa.

...nic tylko sobie w łeb strzelić...

...wczorajszy koniec, dzisiejszy początek - dnia...

Wczorajszy koniec...
Żeby się wyciszyć i odreagować atrakcje dnia. Udaliśmy się z Polówką na spacer. Oj miałem, miałem co odreagowywać... Noszszsz cholera jasna. Człowiek cały miesiąc kombinuje i oszczędza, a w budżecie domowym jak dziura była tak jest. I nie idzie tej cholery zatkać. Po zawirowaniach rachunkowych i po zapłaceniu wszystkiego okazało się, że jednak z dentystą to ja się nie spotkam. No chyba, że się cud wydarzy i jakaś ciocia spadek zapisze. Na co nie liczę... 
Co było robić. Zadzwoniłem i odwołałem wizytę. Aby wyładować złą energię, i nie warczeć na nikogo, zająłem się przygotowaniem obiadu. Oj jak człowiek ma wqrw to robota idzie na całego. :))

...a po obiadku był wcześniej wspomniany spacer i głowa w chmurach, i pierwsze oznaki jesieni, i błoga cisza, i oto foto:


...dzisiejszy początek

Człowiek wstał jakiś taki... wyspany. Rzadkość wielka. Energia mnie rozpierała do momentu, aż wyjrzałem przez okno. Popatrzyłem na niebo, a tam istne "czasem słońce, czasem deszcz". W tym przypadku od zachodu chmury, a od wschodu słońce. Dziwne. Chmurka w TV twierdził że, ze wschodu to jeszcze nic dobrego nie przyszło, a tu taki zawód... :))
Pogrążony w obserwacji nieba i nad wywodem "co dzisiaj ubrać?". Przegapiłbym tęczę, która pojawiła się na ciemnym niebie. Zanim się człek pozbierał, zanim dopadł fota, to owe zjawisko zaczęło zanikać...

W człeku od razu morale wzrosło - góry by mógł przenosić - więc na przekór zapowiadanej pogodzie, i tej za oknem, ubrałem się na krótko. Krótkie spodenki, krótka czerwona koszulka i obowiązkowo sandałki (bez skarpetek!!!). Na przekór wszystkim i wszystkiemu.


...znikająca tęcza...
...ciemne chmury...
...od zachodu chmury, od wschodu słońce...

30 sierpnia 2012

...a nie mówiłem...

Oczy powoli wracają do formy. Winowajca złego stanu, moich oczu, został namierzony. To monitor w pracy. Niby nowy, spełnia wszystkie normy. Jednak sześć godzin dziennie, to za dużo. Wszystkie te przesiadywania spowodowane są wprowadzaniem "na gwałt" n.o.w.e.g.o. (strona www). Prosiłem, tłumaczyłem, że trzeba dokonać zmian, że to staroć, itede, itepe. Ale nie docierało. Wszystko poszło do przodu tylko nie my - i to co kiedyś było nowe teraz odeszło do "Krainy Wiecznych Łowów", a trzy dni temu się posypało. Plus jest tylko taki, że przewidziałem taką sytuację i mam wszystko prawie przygotowane. I stąd te moje przesiadywania i dopieszczanie. Samo na usta się ciśnie "a nie mówiłem"...

29 sierpnia 2012

...fasolka a'la macho...

POŁÓWKA: ...już nic nie rozumiem... - mówi znad garnka, w którym gotuje się fasolka w strąkach (fasolinda zielona).
JA: ...co się stało?...
POŁÓWKA: ...duża już się ugotowała, a mała jeszcze twarda...
JA: ...taka mała twardzielka, co? Bo w życiu twardym trzeba być...- nucę sobie...
POŁÓWKA: ...nie ma sprawy, jutro na obiad fasolka a'la macho...

...słodkie...

KUMPELA: ...idę do sklepu, coś ci kupić?
JA: (gmeram w portfelu, szukam drobiszczy) ...a kup coś słodkiego, kalorycznego i czekoladowego...
KUMPELA: ...to może "Grześka"?
JA: ...dużo, dużo czekoladowego...
KUMPELA: ...hmmmm, to może "Snickersa"?...
JA: ...o może być...
KUMPELA: ...a może "KitKat'a"?...
JA: ...a co to ja "Whiskas"...
KUMPELA: (śmiejąc się) ...no kotem nie jesteś... chyba, że bengalskim...

Poszła, a ja czekam... 
...m n i a m...

P.S. ...jest, jest... czekoladowy, duży i kaloryczny "Grzesiek" :))

28 sierpnia 2012

...zasłyszana rozmowa...

Problemy z oczami nie ustąpiły. Jeszcze jeden dzień poczekam i jak nie przejdzie, to okulista mnie czeka. 

Dzisiaj krótko. Post z kategorii "zasłyszane".
Czas i miejsce akcji: ranny autobus na trasie dom-praca.
Osoby: dwóch panów, "degustatorów marki Mamrot".

PAN 1: ...ale mnie wątroba napie**ala...
PAN 2: ...te, a pokaż gdzie...
PAN 1: ...o tu...
PAN 2: ...eee, to cheba trzustka...
PAN 1: ...no może być, bo ja na diecie beztłuszczowej jestem. Mówię ci zero grilla, zero golonki. Nawet bigosu nie mogę, eh...
PAN 2: ...no, musisz uważać... ale wypić możesz nie...
PAN 1: ...choćby zara...
PAN 2: ...bo wiesz, trzustka to ci się zregeneruje, ale nie wątroba...

W takiej atmosferze, aż chce się jechać... :-)

27 sierpnia 2012

...ledwo patrzę...

Nie wiem co się dzieje z moimi oczami. Uczucie jakby mi ktoś piasku lub wosku do oczu nasypał lub nalał.  Białka czerwone jak u rasowego byka. :) Dochodzę teraz od czego. Od wody czy od dzisiejszej pracy przy komputerze. Po woli stawiam na jedno i drugie. Woda z kranu leci taka, że po kąpieli to najlepiej wziąć drugą w balsamie. Skóra rąk tak mi się zbiegła, że palce same się wyprostowały. :)) Ale nie ma co narzekać przecież to luksus. Tak, tak. To naprawdę luksus. Wystarczy spojrzeć na rachunek. Drugim czynnikiem stresującym moje oczy był sześciogodzinny maraton z programem do obróbki zdjęć. Prosi człowiek żeby więcej zdjęć zrobić, to nie. Zrobi paniusia jedno zdjęcie, a potem skacze i błaga żeby jakoś zdjęcie uratować. Tylko sorry ja nie jestem Bogiem.
***
Dzień w pracy jakoś minął i czeka mnie jeszcze powrót do domu sławetnym em-zet-ka. Może pominę atrakcje komunikacyjne - temat na posta. W domu miała być cisza, ot ja naiwny. Przybył teściunio z pomidorastymi. Na przecier jak znalazł. Tylko jeszcze mus nie skończony. Więc siedziałem i kroiłem. Połówka zagotowała, a ja teraz dalej przerabiam na przecier.
***
W TVN podali, że dzielni strażacy ratowali daniela, który wpadł do studzienki  bo jakiś debil zaiwanił pokrywę. Pewnie pijaczek co sprzedał w skupie za pięć zeta, żeby jagodziankę kupić do picia. Dla mnie większym debilem jest właściciel skupu, który takie fanty przyjmuje. Powinni mu wlepić z tysiaka kary, to może na drugi raz by się zastanowił.

Kończę i lecę robić dalej przecier.

26 sierpnia 2012

...niedzielnie...

Powoli zaczynam czuć się jak na równiku. Tempka niby spadła, ale wilgotność jak w tropikach. Dzisiejszy dzionek rozpoczęła nocna ulewa przeplatana błyskami i grzmotami. Zaspany poczłapałem przymknąć okno w drugim pokoju. Głowa do poduchy i odlot. 
***

Podczas co niedzielnego wypadu do teściów na obiad. Dokonaliśmy z Połówką najazdu na ogród, który zmienił się od naszego ostatniego pobytu. Można zaobserwować pierwsze oznaki kończącego się lata :(. Część roślinek już uschła (ogórki i fasolka szparagowa), część powoli kończy swój żywot (pomidory i fasolka zielona). Pozostanie tylko marchewka, która udała się w tym roku, oraz inne "kopaliny". Z pobytu w owym ogrodzie naszym łupem padły jabłka (podobne do antonówki) i końcówka fasolindy zielonej. Szkoda, że to już jej koniec (fasolki), bo wszyscy za nią przepadamy. A za tą odmianą w szczególności. Jeszcze tylko obiecana cukinia dla znajomej i do domciu.

Ogrodowe oto foto:





***
W domu nie było zmiłuj. Połówka bardzo szybko zagoniła mnie do pracy przy jabłkach. Chyba jakiś kurs dla "spin doktorów" kończyła. :)) A miały być kijki.
***
Po przeszło godzinnych nie-męczarniach przy jabłkach udało mi się wyrwać z domu. Miał być ostry marsz, ale nic z tego nie wyszło. Po pierwsze za długą przerwę miałem, a po drugie albo kijki albo foto. Po raz kolejny zachwyciłem się pięknem natury. Jej zmiennością. Polowałem na czaplę a doszło do tego, że miałem okazję zaobserwować pływającego zaskrońca oraz natknąłem się na pajączka jak sobie żerował, plótł pajęczynę. Oto foto:





***
Dzionek zaczął się burzowo i deszczowo, a zakończył pięknym zachodem słońca. Gdy to cudo zobaczyłem przez okno, zaraz pobiegłem po aparat i oto foto:



25 sierpnia 2012

...sobotnie...

Uff... nareszcie klapłem. Normalnie obłęd w tą sobotę.  Ile to człowiek nabiega, nalata. Zakupy, sprzątanie... totalny obłęd. Dodatkowo dzisiaj obudziłem się w gradowym humorze i nie wiem czemu. Przed chwilą nawet Połowce się dostało, bo wyleciała z kolejną robotą, a też pada na twarz. Więc warczący dzisiaj jestem na wszystko i na wszystkich. Może pogoda, może starzeję się... 

A przecież dzionek zaczął się tak fajnie. Oto foto:


23 sierpnia 2012

...a takie tam...

Powrócić do pracy było ciężko i to nie ze względu na wczesną porę wstawania tylko przez ludzi. Od dłuższego czasu, w naszej firmie, panuje ciężka atmosfera. Nie ogranicza się to tylko do cięć budżetowych, ale również do tego iż człowiek człowiekowi stał się wilkiem. Dodatkowo sytuację psują wyssane z palca plotki rozpuszczane przez parę osób o innych osobach. Aż pracować się nie chce, a pracy dużo. Jak pisałem wcześniej spychoterapia na całego. 

Tą całą atmosferą musiały nasiąknąć również komputery. Wczoraj jeden projekt robiłem trzy razy, bo zbuntował się programik i nie chciał zapisywać. Dopiero ponowna instalacja pomogła. Ot i cały dzionek w plecy, a oczy jak ping-pongi. Zmęczone.

A dzisiaj od rana humor poprawiła mi Anka Wrocławianka swoim zarąbistym wpisem "Strach się bać". Dziękować za takich ludzi. Momentalnie zrobiło mi się jakoś  wesoło i praca ruszyła, i mózgownica zaczęła trybić. 


22 sierpnia 2012

...ukochane zwierzątko...

W zamierzchłych czasach, jakieś trzydzieści lat temu, w domiszczach często można spotkać było psa lub kota jako zwierzątka domowe. Zazwyczaj były to kundelki (według mnie najmądrzejsze psiaki) i pospolite koty-dachowce Sensacją był biały piesek (pudel), który pojawiał się w oknie mieszkania jednej paniusi. 



Z biegiem czasu upodobania się zmieniały i w domowe progi trafiały: chomiki, świnki morskie, żółwie lub papużki. 

Ostatnio jednak udało mi się zaobserwować dziewczynę wprowadzającą na specjalnej smyczy zwierzątko przypominające tchórzo-fretkę. Owo stworzenie miał również chłopak, z którym spotkałem się przy przejściu dla pieszych. Stworzonko buszowało sobie w rękawach jego swetra.

Dzisiaj spotkało mnie jeszcze coś bardziej dziwnego. Przede mną szedł chłopak, z dziewczyną, a na plecach w pobliżu karku miał... jaszczurkę zieloną. Tak mnie to zamurowało, że z tego wszystkiego nie zrobiłem foto. Może jeszcze kiedyś mi się uda... 

P.S. Co do jaszczurki to porównałem zdjęcia z google'a, a foto zrobię następnym razem, ale tylko za zgoda właścicieli. :)


21 sierpnia 2012

...w pracy...

Pierwszy dzień w pracy po urlopie. Jedno co mogę stwierdzić - ludu pełno, a z pracą to różnie. Chociaż ja już mam małe urwanie głowy, bo od samego rana podrzucono mi jakieś zdjęcia do zeskanowania. Widzę, że spychoterapia nadal działa i ma się dobrze. Więc ja skanuję i obrabiam powoli zdjęcia, a paniusie co? Kawka i papieros. 

Drugi problem jaki wynikł, to nie miał kto poczty odebrać. Trzech ludzi jest upoważnionych, ale po co pomyśleć wcześniej i upoważnić kogoś innego. Lecę na pocztę, a tam tyle tego wszystkiego, że wózek by się przydał. Mówią, że trzy dni nikt nie był. Mi się zdaje, że z tydzień. Bo oczywiście paniusie kawka i papierosek. 

Dodatkowo chyba niektórzy z przepracowania lub ciepła dostają popierdolca. Ot wymyśliła sobie jedna, że moje biuro przerobi sobie na salę konferencyjną, a ja z kumpelą mamy wszystko powynosić do jej powrotu. Noszzz qrwa mać, a co to ja jestem nalepa na bryndę (jak mówiła kumpela). Chce zmian to niech sobie robi, bo ja nie mam nic przeciwko. Mogę się z całym swoim majdanem przenieść do pomieszczeń w piwnicy. Chociaż bym miał spokój. 
Oj widzę, że odpierdala niektórym już na całego chyba czas na emeryturę i miejsce zwolnić młodym.

W pogodzie również bez zmian, niby trochę chłodniej, niby wiaterek - a i tak koszulka mokra. 

Jeszcze tylko dwie godzinki i do domciu, a w domciu ogórasy do wekowania. Tym razem nie rodzice, ale sąsiad wpadł nas uszczęśliwić. I tym optymistycznym akcentem kończę... do miłego...

20 sierpnia 2012

...burza...

Tuż przed dwudziestą na niebie zaczęły piętrzyć się chmury. Nawarstwiały się jedna na drugą tworząc bajeczny przekładaniec. Na dworze robiło się coraz ciemnej. W dawnym parku drzewa szumiały i giełdy się pod naporem wiatru. Huk był niesamowity. Wiatr od strony jeziora niósł zapach siana, ryb i wilgoci - jak po deszczu. Zaczęło się błyskać. Błyskawice przecinały chmury nagromadzone nad jeziorem. Niebo pociemniało jeszcze bardziej i zaczęło z niego padać, o dziwo, ciepłymi i grubymi krokami. Kolejne błyskawice rozświetlały ciemne niebo. Wszystko jak szybko się zaczęło, szybko też ucichło. Burza powróciła jeszcze raz, ale już słabsza. Później był już tylko piękny pokaz błyskawic i błysków na niebie. Szkoda, że aparat słaby... 

Oto foto:







...poniedzielnie...

Leci ten czas, oj leci. Nie dawno człowiek się cieszył, że zaczyna urlop... a już koniec dobrego. Ostatnie godziny wolności człowiek umila sobie słodkim, na który przepis Połówka znalazła TU. Ciasto szybko się robi i piecze. Jeszcze szybciej znika, a jaki aromat.:)



Ów zapach pieczonego ciasta zawładnął mieszkaniem tak mocno, iż zamaskował inny. Też piękny. Zapach owoców: jabłek i gruszek.

...kompozycja Połówki...

Kiedy robiłem zdjęcie owych owocowych specyjałów stwierdziłem, że mam hopla na punkcie ...hm jakby to ująć "robienia zdjęć". Latam i fotografuje wszystko co się nawinie, a najbardziej rośliny. Jak pisałem wcześniej takie zboczenie po-szkolne. Średnia szkoła, profil bio-chem i biologiczka kosa. Prawdziwa kosa - w nocy by człowieka obudzili, a on jak paciorek recytował co to jest: mitoza, mejoza i mitochondrium... ach człowiek się rozmarzył. :)


I tak mi zostało zamiłowanie do fauny i flory.



W sumie do wcześniejszego postu chyba nic nie napiszę, bo czy warto pisać o: wszędobylskiej ciotce, która przyjechała w odwiedziny; o braku jakiejkolwiek organizacji. Ratowały nas tylko spacery.

Ale było, minęło. Ja sierota... Wróciło słonko i piecze. Szkoda, że w momencie kiedy wracam do pracy. Druga sprawa to przyszło ciepło, a wiatro odeszło.

Dzisiaj również był spacer i... sporo zdjęć, a jutro powrót do pracy. :((

Oto foto:




Chmurzy się, może popada... uff...

18 sierpnia 2012

...foto z wyjazdu...

Wyjazd był fajny. Człowiek rozerwał się trochę, ale pogoda nie pozwoliła na jakieś kąpielowe szaleństwa - słonko budziło się po osiemnastej. Za to spacerów było duuuuużooooo.











P.S. ...znowu prawie same roślinki, ach to zboczenie po-szkolne...

...łoś pederasta...

...najlepsza jest końcówka...


17 sierpnia 2012

...po kolacji...

...dwa dni temu...

Siedzimy, Połówka Tata i ja, przy prawie pustych już talerzach. Po chwili zaczynamy je składać na jedną stertę. Tatencja widząc co się dzieje szybko odkłada swój talerz na stos i z miną niewiniątka cicho siedzi. Żeby tylko nie zmywać. :) My rozbawieni całą tą sytuacją zerkamy na siebie.



JA: ...a teraz módlmy się o deszcz...

TATA: ??? ...jaki deszcz, mało to padało?...
(zerkamy po sobie)
POŁÓWKA: ...no wiesz tata, ktoś to musi pozmywać, a najlepszy byłby deszcz bo widzę, że chętnych nie ma...

Taki dowcip zrobiliśmy Tatencji. Dobrze, że ma poczucie humoru.

14 sierpnia 2012

...pomidorowo...

Wczoraj pomidory zawładnęły kuchnią i całym dniem, a dzisiaj szykujemy się do wyjazdu. WRESZCIE!!!!

Oto foto:



Weka żegnajcie, przygodo witaj....

12 sierpnia 2012

...niedzielne elbe...

Obiadek u teściów to już tradycja - spróbowałbym się tylko nie odmeldować :)) Tradycją również jest niedzielny obiad. Obowiązkowo musi być rosół, a dalej to już wedle życzeń (realizowanych podczas sobotnich wojaży po sklepach). 

Było już po obiedzie, tzw. pół godzinki dla słoninki, leżakuję w pokoju obok i słyszę rozmowę Połówki z Teściuniem, o owocach i przetworach. Ja rozumiem, że kobieta zmienna jest, ale ta szybkość zmian mnie powala. Już się zarzekała "zero przetworów", a dzisiaj usłyszałem dalsze plany: jabłka, gruszki śliwki. Normalnie w jakiś masochizm przetwórczo-owocowy powoli popadamy.

Później poszliśmy na ogród, na polowanie, i oto foto:





...posobotnie...

Z lał młodzieńczych pamiętam, że w każdy sobotni poranek budził mnie program dla dzieci "Sobótka". Potem było śniadanko: duża pachnąca bułka (prawdziwa, a nie spulchniacz) oraz serek homogenizowany (w białych kwadratowym pudełku z niebieską nalepką) o naturalnym smaku (słodziłem go cukrem). 

Później matula piekła ciasto z owocami akurat dostępnymi tzw. ciasto ucierane. Rzadko, bo rzadko, do pieczenia włączała się babcia, jej domeną były mięsa, ale kiedy już piekła słodkie to były to zazwyczaj ciastka lub chrusty.

Z tamtych sobotnich rytuałów pozostał tylko jeden - słodkie. Raz jest to ciasto pieczone, raz coś na zimno. Dzisiaj padło na ciastka "muesli". Przepis wychaczyła Połówka w ostatnim numerze Poradnika Domowego.

Składniki:

  • 20 dkg masła 
  • 1/3-1 szklanki mąki (ciasto musi być gęste) 
  • 25 dkg dowolnej mieszanki muesli 
  • 1/3 szklanki cukru 
  • 1/3 szklanki miodu 
  • jajko 
  • płaska łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 10 dkg posiekanych dowolnych bakalii 

Wykonanie:

Miękkie masło utrzeć z cukrem i jajkiem, dodać miód i mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Gdy powstanie jednolita masa, wsypać muesli i bakalie, wymieszać. Zawinąć ciasto w folię i odstawić do lodówki na kilkanaście minut. Schłodzone ciasto położyć na stolnicy, przykryć folią spożywczą i rozwałkować na grubość pół cm. Szklanką wycinać ciastka, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec około 18 minut w 170 st. Celsjusza. Zdejmować z blachy gdy lekko ostygną. Można je udekorować nitkami polewy czekoladowej lub karmelem.


10 sierpnia 2012

...a takie tam...

Wreszcie człowiek zakończył sprzątanie. Stwierdzam, że to chyba krasnoludki chodzą i psocą (czyt. brudzą). Dwóch ludzi w domu, a to kurzu na meblach, a to dywany i chodniki domagają się odkurzacza, a to kuchnia i łazienka wyglądem przypomina przemarsz wojska. W międzyczasie zakupy, parę kursów do śmietnika, stary chleb odstawić do gospodarza... i tak przeszło pół dnia minęło. Dodatkowo pogoda nie rozpieszcza - trochę człowiek po pracuje, a pot po d**** płynie chociaż na dworze góra dwadzieścia stopieńków.



Miały być spacery pływanie w jeziorze... i guzik z tego wyszło. Prawda, że aby odpocząć to trzeba wyjechać z domu... a tak to robota człowieka lubi.

Wyjazd we dwoje odchodzi do Krainy Wiecznych Łowów - a nie mówiłem żeby nie planować, bo zawsze coś wyskoczy. I wyskoczyło... d.e.n.t.y.s.t.a. Jestem już po trzech wizytach i ząb jeszcze nie skończony. Za to portfel wykończony i tylko paragony są świadkami obecności gotówki.

Trzy wizyty i trzysta siedemdziesiąt zeta w plecy, a jeszcze około dwieście na odbudowanie trzeba szykować. Jutro weekendowe zakupy i będziemy żyć jak w raju - goło i wesoło.

Suma sumarum kasy zero, a z buzi jedzie jak z petrochemii. Ciekawe co ta sadystka tam nakładła. Chyba sporo bo włosy dęba mi stanęły jak usłyszałem ile mam zapłacić.

Pogoda zjechała się na całego. Niebo zachmurzone i pada i tak do wtorku... :( 

...polowanie z aparatem na faunę nie udało się. Zwiały mi: bażant i kuropatwy, kogucik kolorowy, kilka motyli i dzikie kaczki. Na osłodę mam zdjęcia kóz i kotów - dachowców.

Oto foto:



8 sierpnia 2012

...urlop...

...urlopuje człowiek, urlopuje... 

14 dni spokoju, 336 godzin odpoczynku, 20.160 minut wylegiwania, 1.209.600 sekund wolności od telefonów...

...miało być lenistwo, spacery, czytanie książek, przepiękne eLBe, pływanie w jeziorze (sinica obrodziła :(() i dupa na razie z tego wyszła...

...były przygotowania na przybycie pielgrzymów: wietrzenie pościeli, gotowanie kompotu, pieczenie domowego ciasta itede itepe...

...pielgrzymi przybyli, zaludnili nasze osiedle. Zrobiło się gwarno i kolorowo. Fajna grupa nie ma tam żadnych dewotek i fanów ojca R. I dobrze bo fanatyków nie trawię...

...mieliśmy fajną grupę - ludzi normalnie stąpających po ziemi...

...były rozmowy, żarty i kolacja oczywiście. Najgorsze jest to, że poznaje się fajnych ludzi, a oni o czwartej rano robią "wejkap" i szykują się w dalszą drogę...

...wtorek to już tylko odsypianie i zarąbisty ból zatok, a dzisiaj środa i żal człowieka ściska, że urlop tak szybko leci...

...był i spacer dzisiaj bo pogoda od dwóch jest ekstra znośna dwadzieścia dwa stopieńki :))...

...oto foto...

















P.S. ...i znowu chaszcze, ale tym razem na drodze przy jeziorze...

P.S. P.S. ...blogi odwiedzam, ale mało komentuję...

4 sierpnia 2012

...a takie tam...

Oj działo się, działo. 
W piątek maraton ze sprzątaniem. Ja łazienka na tip-top, odkurzanie i mycie podłóg. Połówka resztę. Wieczorem spałem jak małe bobo.
W sobotę maraton zakupowy. Ile to się wszystkiego pokończyło. Potem maraton aby zawieźć ojca na ryby i na zakupy.
Powrót i czekanie na Rodziciela-Rybaka... i oto foto:








Teraz myciu i łóżko...