28 lipca 2012

...a takie tam...

...bezmózgowie... oto stan jakiemu uległem, a doprowadziła do tego spiekota i żar lejąca się z nieba.


Dodatkowo w pracy zero wody. Firma nie zakupiła, bo jest kryzys - jak pięknie ujęła to księgowa. A ja to qrwa śpię na kasie? Człowiek nie robił szumu bo i tak wielki ch... z tego i sam sobie kupił picie.

Wpadliśmy z Połówką w jakiś trans wekowania. Zaczęło się od czereśni i wiśni. Potem były morele i jabłka. Kiedy już te ostatnie owoce przerobiliśmy na złocisty mus w warunkach zbliżonych do piekła - w mieszkaniu było cieplej jak na dworze. Biedny Zefirek (wentylator) nie wyrabiał się.

Dzisiaj uszczęśliwiono nas śliwkami. Renklody. Sam już nie wiem: cieszyć się czy płakać. Towar na razie leży i czeka na przerób. Mam nadzieję, że do jutra nie kipnie. Słoiki umyte schną.

Teraz z innej beczki. Felerny ząb obejrzał sadysta i zatruł go. Stówa w plecy. Teraz jeszcze foto i dalsza rzeźnia w przyszły czwartek. Mam nadzieję, że to już będzie koniec. Chociaż boli jak nacisnę na niego. 

Z duchoty spać nie można. Dodatkowo jacyś kolo drą japę na dworze i nie zrażają ich błyski na niebie, które odbywają się od dłuższej chwili. 

Plis trochę deszczu i wiatru.


Próbowałem już parę razy umieścić posta, ale mój fonik z bada 2.0 nie przepada za blogger'em. Szkoda bo dostęp do peceta ograniczony przez śpiącą Połówkę. 


Marzy mi się mały la'ptok, ale na razie to tylko mrzonki...

Z gazety też cicho. Tak się pieklili żeby umowę podpisać, a kasy zero. Ile to można zdjęcia wyceniać? 

Kończę. Trzeba spróbować się kimnąć, bo jutro rano się w lustrze nie poznam... a po co dodatkowy stres :)

...niebo...

...ja się popłakałem...


27 lipca 2012

...kupił gospodarz koguta...

Kupił gospodarz młodego koguta. Kogut w pierwszy dzień zaliczył wszystkie kury z podwórka. 

- Kogut ty się uspokój bo zobaczysz, że źle skończysz - mówi gospodarz.
- Kogut nic.
Na drugi dzień kogut zaliczył wszystkie kury u sąsiada.
- Kogut ty się uspokój. Zobaczysz, że źle skończysz - mówi gospodarz.
- Kogut nic.
Na trzeci dzień gospodarz wychodzi na podwórko i patrzy, a tu kogut leży plackiem...
- A mówiłem kogut, że źle skończysz. Mało i mało ci było... 
- ...spierd*laj nie widzisz, że wrony łapię...

26 lipca 2012

...pyta się kogut koguta...

Pyta się kogut koguta:

- Ty z tą kurą to chodzisz na serio czy tylko dla jaj....

...krótka rozmowa z ojcem...

O zgrozo. Ta moja skleroza!!! Umówiłem się z "tatem" przez telefon, że przyjadę i pomogę mu przy jednej małej robótce. Chodziło o ponowne założenie kraty na okno "garażu", która w celu konserwacji została zdjęta i pomalowana. Wiadomo licho nie śpi, złodzieje tym bardziej.


Przypomniałem sobie o tym wszystkim, oj przypomniałem, o osiemnastej trzydzieści kiedy byliśmy z Połówką u jej Rodziciela. Nastąpiła "akcja błysk". Teściuniu pożyczył autko, Połówkę prosiłem o zaniechanie komentarzy na temat mojej sklerozy i w drogę.

Część damska została w domu na ploteczkach, a my (część męska) zajęliśmy się ów kratą. Robota poszła szybko. Kiedy już krata wisiała na zawiasach to Rodziciel stwierdził krótko: "...zobacz synek... przecież tę kratę to ja sam robiłem i sam ją założyłem... ile to minęło z osiem lat... no nie więcej... a teraz co siły już nie mam...".

Pocieszyłem Rodziciela jak umiałem, że już lata ma swoje (no z tym to pojechałem), że kontuzje zawodowe, choroba. Pokiwał tylko głową...

Widzę, że go nosi, energia go rozpiera, chciałby jeszcze coś zrobić, czymś się zająć ale... Dobrze, że wrócił do swojej dawnej pasji wędkarstwa. Chociaż to przynosi mu jeszcze sporo satysfakcji... Żebyśmy się zrozumieli mój Rodziciel nie jest jakiś tam zgrzybiałym staruszkiem (młodego by przeskoczył) po prostu sił z wiekiem ubywa, ale kobietkom się podoba :))

25 lipca 2012

...list z wakacji...

Drodzy Rodzice!

Druh drużynowy powiedział nam, że mamy wszyscy napisać do rodziców, ponieważ najprawdopodobniej widzieliście powódź w TV i bardzo się martwicie.

Nic nam nie jest. Woda porwała tylko jeden nasz namiot i dwa śpiwory. Na szczęście żaden z nas się nie utopił, ponieważ kiedy to się zdarzyło byliśmy wszyscy w górach i szukaliśmy Krzyśka, który zaginął. Zadzwońcie, proszę, do matki Krzyśka i powiedzcie jej, że już wszystko w porządku i że się znalazł. Krzysiek sam nie może do niej napisać, bo połamał sobie obie ręce jak spadał ze skały. Na poszukiwania Krzyśka wyjechaliśmy pick-up'em drużynowego. To było niesamowite. Nigdy byśmy nie znaleźli Krzyśka w tych ciemnościach, gdyby nie błyskawice. Druh drużynowy strasznie się wkurzył, że Krzychu poszedł w góry nikomu nic nie mówiąc. Krzysiek powiedział, że mówił mu przecież, ale to było podczas pożaru, więc drużynowy najprawdopodobniej go nie usłyszał.

Wiedzieliście, że jeśli się wrzuci do ognia butelkę z benzyną to może wybuchnąć? Mokry las nie spłonął, ale jeden z naszych namiotów tak. Także trochę naszych ubrań. No i Stefan będzie wyglądał tak niesamowicie, dopóki nie odrosną mu włosy.

Będziemy w domu w sobotę, jeśli do tego czasu drużynowy naprawi samochód. Ten wypadek to naprawdę nie była jego wina. Hamulce pracowały OK kiedy ruszaliśmy. Druh powiedział, że tak stary samochód miał prawo się popsuć. Prawdopodobnie dlatego, że był tak stary, nikt nie chciał go ubezpieczyć. Ale w sumie uważamy, że ten samochód jest całkiem cool. Tak jak i druh drużynowy. Nie robi nam wymówek jak nabrudzimy w aucie, a kiedy w kabinie robi się gorąco, druh pozwala nam jechać na pace. Trudno żeby nie było gorąco jak jedziemy w 10 osób. Ale odkąd patrol policji zatrzymał nas na autostradzie już nie wsiadamy na pakę.

Czy już wspominałem że druh jest dobrym kierowcą? Przed tym wypadkiem uczył Ryśka jeździć. Ale spoko, pozwalał mu tylko na szybszą jazdę na górskich drogach, gdzie prawie nie ma ruchu. Od czasu do czasu przejeżdżają tam tylko ciężarówki.

Dzisiaj rano wszyscy chłopacy skakali do wody ze skał i pływali w jeziorze. Druh nie pozwolił mi, ponieważ nie umiem pływać, i Krzyśkowi z powodu tych jego rąk; dlatego my dwaj pływaliśmy po jeziorze kajakiem. Fajne jezioro. I głębokie. Chociaż niektóre czubki drzew wystają ponad lustrem wody. Druh nie jest upierdliwy jak inni drużynowi. Nawet nam nie marudził, że nie ubraliśmy kamizelek ratunkowych. Spędza teraz dużo czasu naprawiając samochód, więc staramy się nie zawracać mu głowy głupotami.

Zdobyliśmy już odznaki pierwszej pomocy. Kiedy Dawid nurkował w jeziorze i uciął sobie rękę, sami zakładaliśmy mu opaskę uciskową. Ja i Marek wtedy zwymiotowaliśmy, ale druh powiedział, że to prawdopodobnie było tylko zatrucie pokarmowe po zjedzeniu resztek kurczaka. Druh powiedział, że tak samo wymiotował pojedzeniu, które jadał w więzieniu.

Jesteśmy bardzo zadowoleni, że on wyszedł i został naszym drużynowym. Druh  mówił, że teraz jest już dużo mądrzejszy i że zrobiłby TO dużo lepiej niż wtedy. Nie bardzo wiem, o co chodzi. Muszę już kończyć. Idziemy do miasta, żeby wysłać listy i kupić naboje. Nie martwcie się o mnie.

Jest OK. Pozdrawiam.

24 lipca 2012

...zaczęło się od pecha...

Dzionek zaczął się standardowo czyli żal "d" ściskał, kiedy trzeba było wstać. Potem już tylko droga do pracy, a w pracy spokój. Urlopów to czas. Śniadanko i chrup... badam uzębienie i "stety-niestety" są straty. Qrwa ja to mam szczęście dwa dni przed wypłatą kiedy w portfelu Sahara i kurz. 
***

Udało mi się załatwić kasę i dodzwonić do sadysty. Rzeźniko-terapia: czwartek osiemnasta trzydzieści. Żeby tylko udało się ząb uratować, bo będę szczerbaty.

*** 

Powracają upały. W pracy znośnie, ale jeszcze dwa dni i będzie plus czterdzieści, a klimy zero. Drukarka też odmówiła współpracy. Zaczęła mrugać kontrolkami, potrybiła i kaput. Przybył serwisant zabrał sprzęt i stwierdził, że "dead man walking". Ja tylko machnąłem na to ręką. Kumpela, która przyszła po wydruk stwierdziła krótko ...no to dupa blada... 

*** 

Kierowcy się autobusach obudzili i chociaż klima powiewa. Do domu wracam w miarę niepotny. 

*** 

Trzeba wykorzystać pozostałości po chłodzie. Był spacer i foto, a w drodze powrotnej znalazłem bilon więc były i lody. 

*** 
Wieczór. Żarówa zaszła za sąsiednie bloki. Otwieramy okna jak szeroko. Z powodu gorąca śpimy osobno. Nie ma nic w stylu "oddaj misie". Jeszcze kilka nudnych domowych obowiązków i spanie. 

*** 
Powoli odlatuje, ale ciszę przerywają sąsiadki-emerytki. Na gadulec im się zebrało i to pod moim oknem. Miałem interweniować i uprzejmie poprosić o ciszę, ale bałem się że zadam im kolejny temat do rozmów, praca-emerytura, które mogły potrwać jeszcze z godzinę albo dwie. Świadomy takich okoliczności rezygnuję z interwencji. 


Jak skończyły sąsiadki zaczęły psy. Cholery idzie dostać. 

Dla umilenia oczu - oto foto:






P.S. Zawsze mnie ciągało do chaszczy... :))

23 lipca 2012

...spostrzeżenia po niedzielne....

Niedziela. Jedyny dzień kiedy z Połówką mamy trochę czasu dla siebie. Nic nas nie goni oprócz śniadania i obiadu u rodziców. Potem to już stuprocentowe leżenie bykiem. 

Przy obiedzie tory rozmowy zeszły na wuja M., a mi przypominało się jedno zdarzenie, które podniosło mi ciśnienie. Też była niedziela i był ów wujcio. Rozmowa była o pracy biurowej, o mojej pracy, i zmęczeniu. Niestety z miny i zachowania wujcia wynikło jedno, że jak się człowiek nie napierdzieli łopatą, to nie ma prawa być zmęczonym. To ja qrwa bardzo chętnie bym się zamienił, bo jak pracowałem fizycznie, to było okej - chyba takie geny robotnicze :)) ...a i sorry, że się wykształciłem za własną krwawicę, bo musiałem zapierd*lać i studiować. Człowiek nie spał po czterdzieści godzin, jak były zaliczenia, i zapierda*lał jak nie łopatą to na nogach - dziennie po trzydzieści kilometrów... taka praca.

Teraz z inne beczki. Połówka stwierdziła, że my jesteśmy dziwni. Sprawa dotyczyła weków. Czy na osiedlu tylko my biegamy zrywamy i kompotujemy, dżemujemy, wekujemy. Bo inne paniusie, to siedzą i pazurki hodują... Sensacją było jak przeszliśmy z wiaderkiem moreli. A co miałem je zostawić na zmarnowanie, jak takie ładne były...no jak z obrazka malowane...


Wiem, wiem wcześniej marudziłem, że kto to zje..., ale ja uwielbiam owoce :))

Polatałem trochę z kijkami, znalazłem nowy obiekt do zdobycia: staw-jezioro. Trochę dużo kilosów do przejścia. Na razie jedną-piątą przeszedłem i spasowałem. Trasa niby około siedmiu kilometrów, ale w terenie zielonym. Niby nie dużo ale się zobaczy...

Znowu zapowiadają upały. Zobaczymy czy się im sprawdzi. Jak tak to leżeć i pachnieć, a do urlopu jeszcze tylko 14 dni. Wielkie odliczanie trwa...

A tym czasem z uśmiechem na twarzy witamy poniedziałek...





21 lipca 2012

...cel osiągnięty...

Sobota. Od rana szaleństwa zakupowe. Odwiedzenie bazaru i kilku hiper-mega sklepów i na koniec piekarnia. Zakupy zakupami, ale jak byliśmy na bazarku to w nozdrza uderzył mnie zapach kopru. Całe góry kopru. Chciałem zrobić zdjątko ale się nie udało. Ludzie są dziwni.

Po szaleństwa zakupowych czas było zacząć szaleństwa ze szczotką i odkurzaczem. Nie było tak źle bo część prac wykonała Połówka. Mi został do posprzątania męski świat (łazienka). :)) Kulminacja to kiszenie kolejne partii ogórasów aby do pracy było i laba.

Pokimało się, pochrapało i wybrałem się w trasę z kijkami. Zaczyna nudzić mnie takie samotne chodzenie. Trzeba Połówkę też zapatrzeć w sprzęt.

I jest... w końcu... udało się osiągnąć zamierzony cel... wysiłku nie popsuła pogoda... ani tysiąc innych rzeczy... oto foto...


...stamtąd przyszedłem...
...po drodze miałem spotkanie
z małymi kuropatwami, nornicą
i żółtymi kwiatkami...
...białe kwiatki też były...
...prawie meta, a tu pod górkę...
...a za zakrętem widać cel marszu...
...jest, jest - most...
...po lewo widok na jezioro P...
...po prawej widok na śluzę...
...w drodze powrotnej natknąłem się na jabłka
i weź tu schudnij... :))

20 lipca 2012

...powiśniowo...

Wiśnie zawładnęły kuchnią i nami. Byłbym świnią twierdząc, że sam zrobiłem wszystko, bo oczywiście większość spadła na Połówkę. To ona przyniosła pierwszą partię słoików, pomyła je i wydrylowała część wiśni. Ja niestety byłem w pracy i dopiero później dołączyłem do zabawy. I zaczęło się. Mycie kolejnej partii słoików i wiśni, drylowanie, zasypywanie słoików wiśniami i cukrem, zakręcanie, i gotowanie. A obok pomalutku pyrkały sobie wisienki na dżemo-konfiturę. :))


Szaleństwo trwało do dwudziestej pierwszej. Słoiki już dawno były pogotowane tylko te na "dżem" nie dawały za wygraną. Dostały cukrem i dzisiaj finał w słoikach. Zobaczymy co za cudo wyjdzie.



Już rozumiem dlaczego, Połówka, nie lubi "przerabiać" wiśni - bo co roku tego owocu jest od cholery. Słoików zabrakło, a telefon uparcie dzwoni z zapytaniem czy nie chcemy jeszcze.


NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

P.S. Przy "słoikowaniu" przypomniał mi się kawał.
- Jakie są tzw. trzy białe trucizny?
- ??
- Cukier, marihuana i lekarz pierwszego kontaktu.

19 lipca 2012

...owocnie...

Od paru dni pogoda nie rozpieszcza. Niebo zasnute ciemnymi chmurami. Co chwilę pada deszcz - leje na całego. I już słonko się przedziera. I a'piać od nowa. Dobija mnie taka karuzela pogodowa. Człowiek się słania, odzywają się różnego rodzaju bóle i z trzydziestolatka zaczynam się czuć jak stulatek. Wymęczony pogodą oraz stanami ducha i ciała. Wieczorem padam i zasypiam. Z armat by można strzelać, a ja bym się nie obudził.

Jak już się poużalałem, to wracam do sedna sprawy. Miało być owocnie więc będzie... Zadzwonił teściuniu z zapytaniem czy nie chcemy wiśni, bo wielkie i szkoda żeby się zmarnowały. Jak deszcz jeszcze popada to zgniją albo popękają - krótko stwierdził na koniec rozmowy. Jak dają to biorę - tylko odparłem. 

Wisienki naprawdę duże, jak czereśnie. Ostatnie deszcze napompowały je sokiem. Mniam... Zaszalało się i z jednego wiaderka zrobiły się dwa :)) Dzisiaj będziemy przerabiać jest opcja na drążone i dżemik. Mniam mniam... :)) 

Sam pobyt nie skończył się tylko zrywaniem wiśni. Zahaczyło się jeszcze o pomidorki, ogóreczki, morele. Ale jakie morele. W ustach to sam miodzik takie pychotki, aż ślinka ciekła.

Po ogrodowych wojażach stan był następujący: dwa wiadra wiśni, kilka pomidorów, jeden ogórek, morele z dwie się zostały resztę (cztery) pochłonęła moja paszcza. Dodatkowo dwa bąble komarowe, kilka pokrzywowych oraz  małe ugryzienia mrówkowe. Aż się krzyknąć chce wsi spokojna, wsi wesoła tylko, że to miasto...

17 lipca 2012

...sezon ogórkowy...

Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda - mówi porzekadło - więc się cieszę i nie narzekam. Progi domiszcza zaszczycili moi parentsowie (czyt. mame z tatem) i obdarowali nas ogórcami. Ja z natury człowiek otwarty biorę co dają. I uszczęśliwiony przyszykowuję cała akcję, dokładniej to przyszykowała Połówka, bo ja niestety byłem w pracy. Słoiki przyniosła i pomyła, wodę na zalewę uszykowała żeby przestygła...

A po po pracy i po obiadku zaczęło się wekowanie. Ogórce pomyłem, czosnek przygotowałem i chrzan. Praca zespołowa więc szło szybko: Połówka koperek podzieliła i wrzuciła do słoików, a ja resztę. Każdy dorwał słoik i upychał ogóreczki. Później tylko zalewa i zamykanie w słoikach na gumkę. 

Uroczyście oświadczam, iż sezon ogórkowy rozpoczęty i pierwsze "kiszaki" leżakują w piwnicy na deskach... muszą się wyszumieć chłopaki...


...który to powiedział, że tłoczenie jest beż sensu - zapytał ogórek...

16 lipca 2012

...po weekendowo...

Weekend to był jeden wielki zapiernicz. Jakieś sprzątania, ganiania, zakupy. A miało być tak spokojnie... W piątek szykowałem mała niespodziankę dla Połówki - naleśniki z jagodami. Zasięgnąłem nawet rady Aleex w sprawie przyrządzenia owych specjałów. Z propozycji jakie mi przysłała - oczywiście ja chłop poszedłem po najmniejszej linii oporu - wybrałem najprostszy przepis. Wyszło tak pół na pół, bo oczywiście nie można było poczekać, aż szanowny małżonek powróci z pracy tylko mi się wtryniać do garów... :)) Wszedłem, zobaczyłem i wygoniłem z kuchni....

...miazgo-masa jagodowa...

...aaaa nie mogłem się powstrzymać i jakoś tak wyszło...

Sobota to oczywiście latanie po bazarze i sklepach. Szybki powrót do domu, kończenie sprzątania, gotowanie, prasowanie i inne wynalazki. Pogoda też nie rozpieszczała - czasem słońce, czasem deszcz - ulewy i wietrzysko.

Dopiero w niedzielę człowiek wie, że żyje. Rano śniadanko, potem wypad do teściów na obiadek i już po piętnastej w domciu i byczenie się. Pogoda ładna, słoneczko świeci, ale nie grzeje w palnik. Lekki wiaterek to można udać się w teren i pochodzić z kijkami. Połówka stwierdziła, że ona po tych wszystkich bieganiach ma dosyć i zostaje w domu. Więc ruszyłem sam w siną dal...


...nie wiem co to, ale ładnie zakwitło...
...no chyba nie będzie padać...
...o jarzębina - pierwsza w tym sezonie...
...i znowu jakiś rosnący roślinek...
...tu chmur coraz więcej...
...a tu słonko świeci...
...czy: czasem słońce, czasem deszcz,
ale chociaż dzisiaj nie zmokłem...

13 lipca 2012

... piątek trzynastego...

... i powiało grozą. Spokojnie, spokojnie nie będzie żadnej krwawej jatki, żadnego horroru. Po prostu zwykły dzionek. Ja w pracy, Połówka w domku. Cisza, spokój tylko pogoda nie rozpieszcza. Wiem, wiem to już taki nasz narodowy zwyczaj - zrzędzenie... ale co zrobić. Tydzień temu człowiek się smażył jak dorodny okoń na patelni, a dzisiaj dżinsy i sweter bo tylko trzynaście stopieńków pokazał termometr i to w słońcu.

W pracy też cisza i spokój, przez wydziały przeszedł pomór w postaci urlopów i tylko paru niedobitków pracuje. Reszta ma wakacje.  U mnie też cisza i spokój, nie ma jakiś nerwowych przygotowań, jakiś narad nad projektami, bossa nie ma, zołzy też. Nawet kumpela dzisiaj zdezerterowała więc siedzę sam. Można by pochodzić między wydziałami pogadać, jakąś herbatkę spić, ale po prostu się człowiekowi nie chce.

Nastroje pogody sprawił, że mój organizm tez ma swoje nastroje. Wczoraj ulewy i burze (efekty wizualne jak na koncercie Jean Michel Jarre'a). 



Dzisiaj pochmurno i chłodno. I wystarczyło. Dolegliwości, które odzywają się zazwyczaj tylko wiosną i jesienią dały o sobie znać teraz. Człowiek łyka   specyfiki, które zapisał mu Panoramiks i czeka na poprawę. Dodatkowo jakąś blazę załapałem i z wytęsknieniem czekam na urlop, ale to jeszcze z... trzy tygodnie (policzyłem). Wytrzymam choć ikonka z symbolem low battery już miga...

Moja obecność w domowych pieleszach polega tylko na odbębnieniu swoich obowiązków i zmycie się do pokoju przed monitor lub włączenie jakiegoś filmu i bezmózgowcze gapienie się... Doszło do tego, że dorobiłem się dąsa od Połówki i nie chce ze mną rozmawiać. Stwierdziła krótko, że monologu prowadzić nie będzie... Jedyna rozmowa jaką przeprowadziliśmy to co dzisiaj na obiad.

Znowu kijki mi się popsuły i trzeba było je samemu naprawić. Nie mam chęci ani nie jestem cierpliwy, aby znowu miesiąc na nie czekać, bo takie terminy ma serwis. Wystarczyła gorąca woda. Mam nadzieję, że uda mi się dzisiaj wyrwać i pochodzić trochę. Może jak pochodzę to dotlenię mózgownicę to wieczorkiem zaskoczę Połówkę ciekawą rozmową...

W pracy net tak chodzi, że z nudów zszywkami do biurka można się przybić. Nic nie idzie zrobić. O jutiubie zapomnij. Dopiero w domku człowiek szaleje. A na jutubie szukałem Dańca, ale tego starego - z czasów kaset VHS:




A później znalazłem to: Łowcy kropka B i popłakałem się ze śmiechu...



A z teściową mi nie przeszło. Za krótki to czas. To może i by coś dla niej z jutuba :))


11 lipca 2012

...czar ciemnych oczu...

Jedną z moich słabości są kobiety o ciemnych oczach. Nie wiem skąd to się wzięło, ale tak mam i w obecności takiej kobietki topię się jak masełko. Można by wymieniać przykładów, a przykładów: 
  • na studiach:
    ...lecę do sekretariatu wkurzony jak nie wiem co, bo oczywiście znowu coś w papierach namieszali i teraz są problemy. Dokładniej to ja mam problemy z pewnym dr hab.. Wpadam rozjuszony jak byk do sekretariatu z zamordowaniem każdej osoby, która mi się nawinie pod rękę i co mnie spotkało... kobietka o ciemnych oczach...
    Potulny byłem jak baranek i z uśmiechem na ustach wszystko załatwiłem.
  •  na studiach:
    ...egzamin z fizyki, oblałem bo zrobiłem wszystkie zadania dla bóstwa o ciemnych oczach płci przeciwnej. Na poprawce 4,5 aż prof. się zdziwił ale czy on zrozumiałby mój stan na egzaminie...
  • w pracy:
    ...źle wypełnione papiery, latam jak porąbany między wydziałami a księgowością. W końcu dopatrzyłem się kto jest winien więc wpadam do biura w oczach mam błyski, w kieszeni to mi się siekierka podręczna otwiera... i co??... znowu ciemne oczka - co było robić pogroziłem tylko palcem i obróciłem wszystko w żart...
O mojej słabości przypomniała mi reklama pewnego złotego trunku. I co człowiek zrobił? A zasubskrybował sobie filmiki na jutiubie.

10 lipca 2012

...mieszane uczucia...

Zainspirowany ostatnią scenką z blogu Eli G-P dotyczącą teściowych (post: dobra synowa, zła synowa) przypomniał mi się kawał o wyżej wymienionych istotach...

- Co to znaczy mieć mieszane uczucia?
- Kiedy widzisz jak twoja teściowa wpada w przepaść prowadząc twój nowy samochód.

9 lipca 2012

...dzika plaża...


Słonko spuściło trochę z tonu. Postanowiliśmy razem z Połówką wybrać się na dziką plażę. Cisza i spokój gwarantowany. 

Po godzinie osiemnastej wyruszyliśmy. Po drodze jeszcze wypad do sklepu po małe zakupy, na jutro, i ruszyliśmy dalej...

Wąska dróżka, która biegła obok jeziora, zmierzaliśmy do celu naszej wyprawy. Cała trasa miała około półtora kilometra i nie była trudna więc humor dopisywał. Do czasu...

Kiedy dotarliśmy na miejsce, to uśmiech znikł z naszych mordek. Plaża okupowana była przez dwie rodziny z kupą rozkrzyczanych dzieciaków. Na brzegu pełno było dmuchanych zabawek i śmieci. Okazja na relaks prysła jak bańka mydlana... 

Postaliśmy chwilkę i wróciliśmy do domu. Jutro albo pojutrze pójdziemy tam z powrotem i zobaczymy czy śmieci zniknęły... 

...bo ludziska to nic nie uszanują...


P.S. Coś mój fonik nie chce współpracować z blogiem wiadomość niby umieścił ale nie opublikował. Oj nie dobry....

...wzrost...

...w pracy...

- ...ile ma pan wzrostu?
- no prawie metr dziewięćdziesiąt...
- ooooooo..., a dokładniej?
- ...no metr dziewięćdziesiąt dwa... w szpilkach... :)

8 lipca 2012

...pogoda...

Właśnie skończyła się pogoda na TVN-nie, a ja bluzgam. Wkurzyła mnie Pogodynka. Paniusia smutnym przepraszającym głosem przekazała wieści, że czeka nas ochłodzenie. Tylko za co ona przeprasza? Chyba za to, że to koniec z: 
  • sauną w pracy, 
  • sauną i wyziewami pachowo-alkoholowo-czosnkowymi w puszce, w drodze do domu, 
  • sauną w domu, 
  • bezsensownymi kąpielami, bo zanim się człowiek wytrze ręcznikiem to jest mokry od potu, 
  • czekaniem na wiatr kiedy leży się w łóżku, 
  • czekaniem na sen, w końcu człowiek odpada i budzi się rano pijany, 
  • codziennym wyłączaniem tv i telefonu, bo się błyska, 
  • porannym zawodem, że jednak nie popadło i nie po grzmiało. 

Bo tak jest od tygodnia i cholery można dostać.

7 lipca 2012

...mała rocznica...

Jak ten czas leci, człowiek się nie obejrzy. Wczoraj prawie dekada minęła od kiedy jesteśmy razem. Początki to poznawanie siebie: spacery za rączkę, przytulaski, buziaczki. I muzyka tamtych chwil: Beata i Bajm, Stachurski...




...i KennyG...


6 lipca 2012

...człowiek człowiekowi wilkiem...

Czuję się dzisiaj jak zbity pies, a to wszystko przez ludzi... Nie jestem ideałem, sam miewam humory, ale staram się... I co mnie spotyka, no więc dzisiaj się dowiedziałem. Znowu przydupasy szefa obrobiły mi dupę i to koncertowo. Qrwa co ja im zrobiłem? Sam nie chce wszczynać awantur, nie lubię się mścić, ale chyba trzeba będzie zamówić snajpera i odstrzelić im te pieprzone makówki :)) Najbardziej jednak wkurza mnie to, że są milutcy i uprzejmi, a jak się człowiek odwróci to nóż w plecy. Szefuncio nie lepszy szkoda, że mierzy człowieka nie po osiągnięciach w pracy tylko po plotkach. No szkoda...

No dobra już się wyżaliłem, to teraz napisze o czymś dobrym. Mówi się, że aby zneutralizować jedną złą wiadomość potrzeba pięciu pozytywnych (jacyś psychologowie to wymyślili). 


Może zacznę od tego, że jest gorąco - tropik i z kijków nici - pauza w chodzeniu. Efekty jednak są. Wszedłem w koszulkę, która jeszcze pół roku temu była ciasna. (+) 

Kolejna sprawa to chyba to słonko za mocno mi makówkę przyjarało bo zacząłem kucharzyć. Połówka zadowolona, odciążona od obowiązków i patrzy się na mnie tym swoim wzroczkiem, że aż mięknę - czyli będę gotował dalej (+). Okres wekowania rozpoczęty - pierwsze przetwory są. CZEREŚNIE - mniam!!! (+)


Udała mi się impreza w pracy, wszystko pieczyste-słodkie wyszło. Smakowało. (+). Najlepsza jednak wiadomość jest taka, że udało mi się zarobić parę groszy. Dzwonili z gazety i za wykorzystanie mojego zdjęcia należy mi się honorarium (+). FAJNIE!!! Może lody z Połówką, może coś więcej. Zobaczymy ile grosików wpadnie. Fajniejsze od kasy jest jednak to, że wreszcie człowieka ktoś docenił. 

I co, i uzbierało się pięć pozytywów, uff... :D

P.S. Wszystkie moje osiągnięcia docenia zawsze Połówka. Chociaż twierdzi, że nie doceniam tego że ona docenia. Wiadomo faceci są z Marsa, a kobiety z Wenus. :))

...ja pasuję...

Sorry, ale jednak odpuszczę sobie posta dzisiaj. Połówka śpi, więc dostęp do kompa ograniczony, ale skonfigurowałem sobie fona i mogę odbierać mejle i próbować blogować. Jednak nie jest to takie proste, bo mój fonik ma bada 2 i nie ma aplikacji do obsługi bloggera. Krew by mnie zalała jakby mi gdzieś tekst wcieło. Choć udało mi się dodać komentarz na blogu Labravy. Nie kuszę losu, jutro napiszę więcej z kompa... 

3 lipca 2012

...prawda ukryta w liczbach...

  • Weź kalkulator. 
  • Napisz swój numer butów. 
  • Pomnóż przez 5 
  • Dodaj 50. 
  • Pomnóż to prze 20. 
  • Dodaj 1012. 
  • Odejmij od tego swój rok urodzenia - liczba czterocyfrowa. 
  • Otrzyłeś(aś) czterocyfrową liczbę. Dwie pierwsze cyfry to numer twoich butów, a dwie ostatnie cyfry to twój wiek.

...przegrzanie...

Ale wczoraj żarówa dopiekła. Normalnie człowiek płynął. Dodatkowo atrakcji dopełnił fakt, iż jako kochający mąż :) postanowiłem wyręczyć Połówkę i zrobić obiad. Wszystko ładnie upichciłem, trochę mięska, trochę warzyw na parze... i sam się uparowałem. Jakiś taki człowiek mało myślący zrobił się przez tą spiekotę. Trzeba było jakiś chłodnik zrobić, to mi się zachciało...

Po tym moim gotowaniu sauna opanowała całe mieszkanko. Po obiadku, a raczej obiadokolacji, Połówka zaproponowała mały spacer w celu przewietrzenia makówki oraz siebie. 

Spacerek się udał. Fajnie było iść i być smaganym chłodniejszym wiaterkiem. Sielski nastrój psuła wizja powrotu do dusznych domowych pieleszy, ale nieuniknione nadchodziło wielkimi krokami. Bardzo pomocne i stymulujące do powrotu okazały się komary, a dokładniej samiczki - załapałem się tylko na kilka bąbli. :)) Najgorsze miało dopiero nadejść...

Noc to koszmar. Duszno, zero wiatru, litry wody - sauna rzymska. Dodatkowo księżyc znalazł sposób, aby utrudnić zasypianie. Skubaniec znalazł drogę między konarami drzew i świecił człowiekowi prosto w głowice. Pomogła roleta, szkoda tylko że tak późno się skapnąłem. 

Kiedy już miałem się oddać w ręce Morfeusza, to zaczęła się burza. Noszszsz.... k... mać!!! Półtorej godziny dyskoteki i dodatkowa godzina grzmotów i ulewy... to co miał człowiek robić? Dorwałem się do fona i zacząłem buszować w necie i przeglądać blogi. Zajrzałem i na swój, a co... tylko nie wiem czy ze zmęczenia, czy synapsy mi się przegrały, czy zacząłem odlatywać więc ustawiłem sobie język bloga chyba na arabski?, perski? albo inną cholerę. I za miast literek wykwitły mi piękne zawijasy...

Teraz siedzę w pracy i próbuję nie zgwałcić klawiatury swoim fejsem. Cisza jest, to może i by się człowiek kimnął. Z drugiej strony, to jak wytłumaczę odciśnięta klawiaturę na twarzy... :))




1 lipca 2012

...upał i upał...

Uff jak gorąco... uff jak gorąco...żar leje się z nieba i wysysa z człowieka siły,a co niektórym, jak słyszę przez okno, i mózgi. Jest godzina 1-sza w nocy i nie mogę zasnąć ze zmęczenia i gorączki, zero tlenu. Dodatkowo atrakcji dostarcza jakiś patafian, któremu się przypomniał Sylwester i puszcza fajerwerki, co to qurwa jakieś "Lejdis" czy co.

A miało być tak pięknie. Od rana zakupy, potem szykowanie jedzonka na imprezę. Szybkie sprzątanie. Wieczorem kąpiel i koncert Feel. Ale jak człowiek ma qrewskie szczęście to zapiernicza cały dzień, bo tysiąc dodatkowych spraw wynikło. Kolejny zrąbany weekend, a do tego lodówka odmówiła współpracy i wszystkie słodkości piorun strzelił.
***
To wczoraj, a dzisiaj trochę chłodniej. Wiaterek się pojawił. Na imprezie były ciasta trochę robione i trochę ze sklepu i tona picia. Żarówa grzeje, a pogodynka na TVN-ie, ze stoickim spokojem i szczerząc ząbki, pocieszyła że tak ma być przez 14 dni. To ja sobie wakacje na Antarktydzie wykupię...