30 maja 2012

...podróż i to nie za jeden uśmiech...

Nabrałem chęci (ta chęci - spieszyło mi się) na podróż innym środkiem lokomocji (przewoźnikiem). Wybrałem się więc w podróż powrotną z pracy do domu pe-ka-esem, a nie jak zawsze tzw. puchą z em-zet-ka. No nic więc jak nabrałem chęci to myślę sobie jadę - a co! Podjechał piękny niebiesko-biały autobusik i ludziska zaczęli się pchać. W tym momencie przypomniały mi się czasy szkolne i metody jakie stosowaliśmy przy wsiadaniu. Dupa nie będę i porwany tłumem też zacząłem się wpychać. Jest. Stanąłem przed zmęczono-znudzonym obliczem kierowcy i szczęśliwy poprosiłem o bilet do miejscowości G.
Kierowca postukał po klawiszach kasy i ze stoickim spokojem mówi pięć-dziewięćdziesiąt.
Aż mnie wryło w podłogę. Ile? - pytam. Kierowca powtórzył kwotę. Co było robić. Zapłaciłem. Dopiero kiedy usiadłem zacząłem analizować całą sytuację. Wydało mi się to śmieszne żeby za dziewięć kilometrów frajdy zapłacić prawie sześć złotych. To ja jadę autobusem czy czołgiem? Przecież jak tak dalej pójdzie to człowiek nigdy na swoje nie wyjdzie. Ale co użył, co powspominał to jego. Fajnie jest tak sobie jechać i powracać do dawnych historii, wspominać wydarzenia i kumpli z lat szkolnych...


25 maja 2012

Panie Miodek, Panie Bralczyk - przepraszam

Zaczęło się od tego, że pisałem pismo do Dyrektora. I stanąłem... jak to się pisze... cholera... myślę... No przecież byka nie strzelę w służbowym piśmie. Dopiero by była żenada. Wiem napisze tak i tak to mi W o r d podkreśli. 
I co, i dupa blada. Badziewie nie podkreśliło. Szukam w necie, szukam, szukam... Też mi się zdanie ułożyło, no ni cholery nie idzie zrobić podmianki innym wyrazem... Siedzę jak ta dupa, czuję się jak w teleturnieju MILIONERZY. Wymyśliłem...

Obdzwonię wszystkie wydziały - no filologów języka polskiego ci u nas od groma...

Dobra pismo napisane na firmowym druku. Gęba się śmieje, że to już koniec męczarni. A interpunkcja? - podpowiada kumpela, z którą dzielę biuro, i szczerzy się. Oż q*** mać! No przecież nie zrobię jak kumpel na maturze. No przecież nie napiszę:

"Baczność!

150 przecinków rozejść się!"

17 maja 2012

...nieubłagalny pęd czasu...

I znowu wszystko w pędzie, i znowu w biegu. Człowiek normalnie nie ma czasu dla siebie, dla bliskich,  dla swojego hobby. Bywają dni, że modlę się o to aby doba miała nie dwadzieścia cztery a pięćdziesiąt godzin to może wtedy byłaby chwila na wszystko. Jednak z drugiej strony człowiek się cieszy, że jednak doba ma tyle godzin ile ma bo zapiernicz w pracy. Normalnie ludzie oszaleli i wszyscy coś chcą, a najlepsze jest to, że na wczoraj. Więc siedzi człowiek, robi i robi, próbuje wyprzedzić czas i powoli zaczyna warczeć na wszystko i wszystkich. Dzięki Bogu wakacje co raz bliżej i może wtedy będzie chwila spokoju. Dobrze chociaż, że istnieją w pracy dobre istoty i zrobią herbatki cieplutkiej i przypomną o śniadanku bo tak to nie ma zmiłuj "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz...".

Moje ostatnie muzyczne odkrycie - dzięki dobrym duszkom z pracy:

9 maja 2012

...przy organizowaniu wystawy czyli chorąży zawsze zdąży

W mojej kochanej pracy, dającej mi wiele satysfakcji (ta pewnie :) ), nadszedł czas organizowania rożnego rodzaju wystaw spotkań i-te-de i-te-pe. Nastała więc potrzeba powieszenia kilku fotografii i plansz. No więc zaprzęgli mnie do tej pracy z Panem A., bo Pan S. chory. Qrwa chory, a spacerki po mieście sobie urządza. 

Zabraliśmy się do roboty i rozłożyliśmy sobie ją na dwa dni, aby w spokoju wszystko porozwieszać. Wzorowaliśmy się na czasie jaki osiągał Pan S. przy wieszaniu innych wystaw. Na pierwszy rzut poszły duże fotoreportaże półtora-na-trzy-metry. Cała ta praca zajęła na dwie godzinki. Aż się zdziwiliśmy, że tak szybko. Więc cichutko ewakuowaliśmy się do swoich biurek bo pracę trzeba szanować. :))

Drugi dzień miał być gorszy, bo przy mniejszych planszach zawsze jest więcej roboty. I co? Uwinęliśmy się w w półtorej godzinki, aż nam się nie chciało wierzyć. To nam praca zajęła w sumie trzy-i-pół godziny, a Panu S. od dwóch do trzech dni. Noszzzz qurw...


Wnioski:
Po pierwsze primo: 
...albo my jesteśmy nadgorliwi, albo nam się robota w rękach pali :))
Po drugie primo: 
...dupy jesteśmy i nie umiemy szanować pracy.
Po trzecie primo: 
...to Pan S. jest dupa z byle głupoty robi ceremonię...
Po czwarte primo: 
...praca Pana S. to cztery godziny wykładów i godzina praktyk (czytaj: cztery godziny opierdalania się i godzina uczciwej pracy)...
Po piąte primo już ostatnie: 
...nie to jednak my jesteśmy dupy...


8 maja 2012

...walka z lenistwem...

Oj ciężko, jak ciężko zabrać się za pracę... nie pomaga nawet szef jako motywator... rozleniwił się człowiek tym długim weekendem... chociaż nie wiem czym dokładniej bo biegania i latania było pełno. Uświęcony został tylko 1 maja - święto pracy - czyli leżenie bykiem. Takie fajne bezmyślne, bez-twórcze el-be. A pozostałe dni to nie ma zmiłuj jakieś zakupy, ganiania po sklepach, załatwiania spraw i rzeczy, które zostały odstawione na czas przyszły (tzw. na zaś). No nie powiem zaliczył człowiek i grilla - nowy polski obyczaj. Bo majówka bez grilla to... po prostu nie wypada :). Obżarstwa nie było - trzeba dbać o wątrobę, po co jeść ciężkie potrawy jak już chmiel podrażnia organ :)). 

Przeleciały te wszystkie dni i tylko w poniedziałek żal dupę ściskał kiedy trzeba było się zwlec z wyra i zapakować się do puchy i udać się do miejsca pracy. Jednak i tu wszyscy wyglądają jakby co dopiero wrócili z majówki (kac-majówka) i nikomu się nic nie chce. Człowiek powolutku wchodzi na obroty i kiedy koło czwartku po południa nabierze rozmachu to już piątek i weekendu początek... mam tylko nadzieję, że bez grilla :))

W tv krzyczeli, że to najdłuższy weekend. Chociaż według moich obliczeń najdłuższy będzie w grudniu 4 dni urlopu i 11 dni laby. Chyba dobrze policzyłem chociaż nie wiem bo mam syndrom pogrillowy... lecę po rapacholin lub inny silimarol...